Rozmowy o edukacji

Z Krzysztofem Pawłowskim, rektorem Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu, rozmawia Sławomir Kosieliński.

Z Krzysztofem Pawłowskim, rektorem Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu, rozmawia Sławomir Kosieliński.

SZKOŁA BIZNESU CZY BIZNES NA SZKOLE?

Od kilku lat obserwujemy w Polsce stale wzrastającą popularność szkół biznesu. Zakładane są wszędzie – w małych miejscowościach i w dużych uniwersyteckich ośrodkach. Młodzież wiedziona pokusą zdobycia konkretnej wiedzy o biznesie, zarządzaniu czy też finansach, decyduje się na naukę tam, nie zadając sobie pytania, czy mit studiów w szkole biznesu jest rzeczywiście wystarczający, aby zapewnić im w przyszłości lepszą pracę. Rówieśnicy, którzy wybrali tradycyjne uniwersytety, powątpiewają (chyba z zazdrości) w sens istnienia takich szkół, które nie są częścią ich Alma Mater. Czy nie można więc połączyć obu modeli nauczania?

Nasz model szkół biznesu jest przypadkiem skrajnym w skali europejskiej i światowej. Większość amerykańskich szkół biznesowych jest częścią właśnie uniwersytetów. Jednym z moich partnerów był Uniwersytet we Fresna, samodzielny, lecz działający w ramach bardzo dużego systemu California State University. W 20 kampusach uczy się ponad 250 tys. studentów, co razem tworzy największy uniwersytet na świecie. W jego skład – na prawach polskiego wydziału – działa Craig School of Business. Polski system, w którym szkoły biznesu są oddzielnym tworem, jest naturalny na starcie. Jestem przekonany, że część szkół biznesu w Polsce będzie ewoluowała w stronę uniwersytetu.

Sądzi Pan, że wystarczy miejsca w kraju na kilkadziesiąt uniwersytetów? A może inaczej. Ile osób powinno uczyć się w szkołach wyższych?

Przeprowadźmy prosty rachunek. Docelowy system edukacji w Polsce powinien zapewnić rocznie ok. 200 tys. miejsc na studiach wyższych. Jak ja to obliczam? Krzywa demograficzna nieubłaganie wskazuje, że za 4 lata osiągamy maksimum demograficzne — ponad 700 tys. 19–latków, którzy teraz wchodzą do szkół średnich. Od roku 2003 populacja 19–latków zmniejsza się o 27%. Później dochodzi do 460 tys. osób, aby następnie oscylować wokół ok. 500 tys. Możemy mówić o przyzwoitym poziomie skolaryzacji, jeśli 40% populacji podejmuje naukę w szkołach wyższych – stąd wynika potrzeba 200 tys. miejsc. W tej chwili we wszystkich polskich uniwersytetach kształci się ok. 100 tys. osób. Liczę tylko studia dzienne jako najbardziej efektywne. Rok temu w szkołach prywatnych (biznesu i zarządzania) zapewniono 13,6 tys. miejsc. Proszę zrozumieć, inna jest ogólna liczba studentów, która wynosi ok. miliona osób. Większość z nich kształci się zaocznie lub wieczorowo, co nierzadko sprowadza się do kupowania dyplomów. Nie jest żadną tajemnicą, że na złych uczelniach program dla zaocznych obejmuje 1/4 zwykłego programu, zaś na bardzo dobrych 1/3.

Pana wyliczenia jednoznacznie wskazują na potrzebę inwestowania w edukację. Czy w przyszłości w każdym mieście powiatowym będzie szkoła biznesu lub uniwersytet?

Mój biznesplan sięga 2020 r. W takiej perspektywie wiem, że muszę zacząć myśleć o powstaniu w Nowym Sączu uniwersytetu.

...Uniwersytet w Nowym Sączu?!?

Czemu nie? Wiele miast, widząc jak Nowy Sącz zyskał dzięki promocji – i nie oszukujmy się – finansowo na Szkole Biznesu, zapragnęło utworzyć podobne uczelnie u siebie. Po prostu uświadomili sobie, że uczelnia wyższa gromadząca 1000 lub 2000 studentów jest świetnym zaczynem małych interesów. Szacujemy, że w Nowym Sączu 1000 studentów studiów stacjonarnych zostawia w ciągu roku ok. 2 mln dolarów. Rachunek jest prosty: muszą przecież gdzieś spać, zjeść, zabawić się. Często wynajmują mieszkania, które zastępują im akademik. Powstanie ośrodka akademickiego to dla małej społeczności lokalnej znaczący interes. Nowy Sącz liczy 80 tys. ludzi. W Stanach Zjednoczonych są miasta 40 tys., które słyną ze szkół wyższych, mających po 20 tys. studentów. Całe miasto żyje z uczelni!

A czy można zrobić biznes na szkole?

Jeżeli ktoś myśli poważnie o sukcesie w edukacji, nie może patrzyć w kategoriach szybkiego zysku. Wyższa Szkoła Biznesu w Nowym Sączu nigdy nie była pomyślana jako miejsce do zarabiania pieniędzy. Ledwie skończyliśmy pierwsze inwestycje, a już zaczynamy następne, np. budowę akademika. I tak mieliśmy szczęście, że zaczęliśmy tworzyć szkołę biznesu w 1991 r. Teraz byłoby trudniej – jest większa konkurencja. Wtedy ze swoim pomysłem szkoły biznesu wszedłem w klasyczną, podręcznikową niszę rynkową. Było zapotrzebowanie na edukację biznesową na poziomie wyższym, lecz nie jako proste przeniesienie modelu uniwersyteckiego, lecz stworzenie czegoś nowego.

Postawiłem przede wszystkim na naukę języków obcych, co na początku wywoływało u moich profesorskich rozmówców kpiący uśmieszek. Przecież języków trzeba uczyć się od przedszkola! Tak. Mają rację. Ale nie u nas. Dzięki temu uważam, że jestem we stosunku do innych uczelni o 20 lat do przodu. Inni nie poszli w ślad za nami, ponieważ nauczanie języków jest potwornie drogie. Uczenie języków w grupach 16-osobowych jest kilka razy droższe od wykładania w dużej sali dla 200 osób. Szkoła biznesu to nieustająca inwestycja w przyszłość, a nie biznes.


TOP 200