Wzorce do naśladowania

Z prof. Ireneuszem Białeckim, dyrektorem Centrum Badań Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego Uniwersytetu Warszawskiego, rozmawia Andrzej Gontarz.

Z prof. Ireneuszem Białeckim, dyrektorem Centrum Badań Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego Uniwersytetu Warszawskiego, rozmawia Andrzej Gontarz.

Coraz większą popularność zdobywają w Polsce hasła o potrzebie edukacji. Jakie zadania powinna jednak dzisiaj edukacja spełniać? Z prowadzonych przez Pana w połowie lat 90. badań wynikało, że prawie trzy czwarte naszego społeczeństwa to funkcjonalni analfabeci - Polacy nie rozumieją czytanych tekstów, mają problemy ze sformułowaniem prostych komunikatów, nie wiedzą jak interpretować tabele, wykresy czy zestawienia bankowe, nie są w stanie wypełnić zeznania podatkowego i zrozumieć wyjaśnień zawartych w instrukcji obsługi sprzętu elektronicznego. Czy ten bagaż intelektualnych ułomności pozwala nam spokojnie myśleć o uczestnictwie w tzw. społeczeństwie informacyjnym?

Celem badania, zorganizowanego w latach 1994-98 pod auspicjami Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), było sprawdzenie umiejętności rozumienia i przetwarzania informacji. Polska była jednym z dwudziestu uczestniczących w nim krajów. Projekt badania przygotowali specjaliści ze Stanów Zjednoczonych. Określili oni zasób wiedzy i umiejętności, który ich zdaniem jest potrzebny człowiekowi do życia we współczesnym świecie, funkcjonowania w społecznościach lokalnych, w pracy, do życia w rodzinie.

Od początku zdawałem sobie sprawę, że Polacy nie wypadną dobrze w tym badaniu. To było do przewidzenia, gdyż test odwoływał się do kontekstów wtedy jeszcze kulturowo i cywilizacyjnie egzotycznych dla Polski. Zawierał m.in. opisy czy instrukcje obsługi produktów i usług wówczas w Polsce nieobecnych lub mało popularnych. Nie nastąpiła jeszcze zmiana orientacji i nastawienia do wkraczających dopiero na nasz rynek współczesnych wytworów cywilizacyjnych. Przykładowo, liczenie kalorii w kanapce McDonald'sa wypadło u nas słabo, nie tylko dlatego że wtedy jeden taki bar był w Warszawie, a drugi w Krakowie. Pojęcie zdrowego żywienia, a więc i związane z nim instrukcje liczenia kalorii, pojawiło się dopiero później w kulturze masowej. Zostało wprowadzone przez pisma kobiece, pisma o zdrowiu, telewizyjne programy edukacyjne czy popularyzatorskie audycje radiowe. Razem z tym wkroczyła do świadomości społecznej idea liczenia kalorii. Słaby wynik Polski był w dużej mierze spowodowany kulturową i cywilizacyjną odmiennością, która bardzo szybko zanika wraz z dostępem do powszechnych dóbr konsumpcyjnych i wytworów kultury masowej.

Czy sądzi Pan, że dzisiaj wyniki takiego testu byłyby inne?

Z pewnością obecnie pod wieloma względami byłyby lepsze, szczególnie wśród tzw. klasy średniej. Polska weszła w obieg światowej kultury masowej, z którą dotarły do nas także określone wzorce zachowań. Wraz z wysoko nakładową prasą i kolorowymi magazynami pojawiły się nie tylko określone tematy, np. ochrony zdrowia czy najnowszych rozwiązań technicznych, ale też i pewien charakterystyczny styl informowania. Styl, który podkreśla przede wszystkim zasadę racjonalności i ekonomiki podejmowanych decyzji, uczy analizy argumentów za i przeciw, ważenia różnych przesłanek w obliczu konsumenckich wyborów.

Zmienia się także polska szkoła. Coraz lepiej uczy sposobów radzenia sobie z problemami współczesności. Zmienia się programowo - bo taka jest polityka MEN-u - i zmienia się, tak jak cała kultura, w sposób żywiołowy pod naporem sytuacji. Po prostu dlatego że ludzi to interesuje, że chcą wiedzieć, jak się mają zachować w świecie, który ich otacza.


TOP 200