Uzależnionym trzeba pomagać

Z dr Dorotą Zarębską-Piotrowską, psychologiem, prezesem Stowarzyszenia CEDR+, rozmawiają Sławomir Kosieliński i Przemysław Gamdzyk.

Z dr Dorotą Zarębską-Piotrowską, psychologiem, prezesem Stowarzyszenia CEDR+, rozmawiają Sławomir Kosieliński i Przemysław Gamdzyk.

Osoby, które pracują przy komputerze po kilkanaście godzin dziennie i korzystają dużo z Internetu, są często podejrzewane przez najbliższych o uzależnienie. Kiedy naprawdę możemy mówić o przekroczeniu bariery między użyciem a nadużyciem? Jak właściwie rozpoznać stan uzależnienia?

Posłużmy się pewną paralelą, przemawiającą do polskich realiów. Ktoś może wypić pół litra czystej wódki i nie odczuje negatywnych skutków, a może nawet nie będzie po nim tego widać, ktoś inny natomiast będzie pijany już po małym kieliszku. Albo, czy wino podawane codziennie do obiadu zawsze prowadzi do alkoholizmu? To przecież zależy od wielu uwarunkowań. Kiedy człowiek zaczyna się uzależniać, przekracza cienką, czerwoną linę. Nie jest ona stała dla wszystkich ludzi. Jest zmienna, chybotliwa i zależna od wielu czynników - sytuacji socjokulturowej, czasu i miejsca, a nawet wieku i wychowania.

Pytanie, co jest patologią, "od zawsze" nurtuje psychologię, psychiatrię i medycynę. Podobnie i tu - sprawa użycia i nadużycia w kontaktach z technologią jest niezwykle drażliwa, ponieważ trudno określić jednolite kryterium, punkt, od którego zaczyna się nadużycie. Uważam jednak, że należy przyjąć określone kryteria np. zdrowotne, psychologiczne lub socjopsychologiczne. Jeżeli dla kogoś komputer staje się ważniejszy od snu, jedzenia, rodziny, towarzystwa i pracy - najpierw przesuwa codzienność na dalszy plan, a potem całkowicie ją eliminuje - to wtedy mamy prawo mówić o patologii. Media powinny wszak być elementem rozwijającym, komplementarnym w stosunku do innych składników naszego życia, a nie zastępującym go całkowicie.

Słowem, może budzić niepokój sytuacja, gdy kolega w pracy komunikuje się z nami wyłącznie poprzez pocztę elektroniczną, zamiast podejść do biurka obok i porozmawiać.

Tak, jest to podejrzane. W ten sposób unika on kontaktu z rzeczywistością. Unika sytuacji niewygodnych, rozwiązywania problemów ludzkich, oducza się jak popatrzyć człowiekowi w oczy, jak uczciwie postawić sprawę i rozwiązać problem. W przypadku komunikacji elektronicznej problemu się nie rozwiązuje, tylko komunikuje i wysyła. A to przecież nie załatwia sprawy.

Nie można także mówić, że jeżeli będziemy kontaktować się drogą elektroniczną, stracimy tym samym zdolność porozumiewania się z innymi ludźmi. Jeżeli nie mamy predyspozycji do kontaktowania się z ludźmi, to chętnie chowamy się za ekran, wskutek czego niezdolność ta nasila się, a błędne koło się zamyka.

Nie jestem przeciwna technice, byłby to absurd - w końcu XX stulecia. Korzystajmy jednak rozumnie z jej dobrodziejstw. To bardzo ułatwia życie, pod warunkiem że zachowujemy zdrowy rozsądek.

Czy w swojej praktyce spotkała się Pani z przypadkiem, że ktoś zatracił się w elektronicznym korespondowaniu?

Przez trzy lata dwoje ludzi kontaktowało się ze sobą via e-mail. Kiedy wreszcie postanowili się pobrać, w "konfrontacyjnym" kontakcie okazało się, że w zwykłej, realnej rozmowie nie mają sobie nic do powiedzenia, stracili bowiem zdolność do bezpośredniej wymiany myśli.

W tym wypadku swoista izolacja społeczna i chowanie się za ekran przed realnymi relacjami międzyludzkimi doprowadziły do zaniku tych zdolności. Dziewczyna przeżyła prawdziwy dramat, po raz pierwszy bowiem uświadomiła sobie swoje społeczne inwalidztwo.

Skoro rośnie rola Internetu, a informacja staje się najdroższa, należy zastanowić się nad metodami korzystania z nowych mediów. Trzeba zdefiniować granicę między pracą a uzależnieniem.

A gdzie leży ta granica? Kto wie, który kieliszek powinien być przedostatni? To kwestia pewnej kultury. O ile można mówić o kulturze zdrowotnej naszego społeczeństwa, o tyle w ogóle nie dostrzega się problemu i nie uczy się podstawowych zasad higieny korzystania z nowych technologii - choćby na lekcjach informatyki w szkole.

Po latach izolacji informacyjnej - równie zachłannie, co i bezkrytycznie bierzemy ze świata wszystko, nie bacząc na konsekwencje, ale przede wszystkim na nasze możliwości przyjmowania i konsumowania nowinek. Trzeba zaś kształtować kulturę korzystania z informacji. Nie przeładowywać treściami programów telewizyjnych czy komputerowych, lecz zastanawiać się nad percepcją podawanych informacji. Aby móc korzystać z mediów w sposób świadomy, ktoś nas musi tego nauczyć.

Stajemy właśnie przed problemem, jak rozsądnie limitować dziecku dostęp do nowych technologii. Moim zdaniem, może ono oglądać prawie wszystko, jeżeli jest do tego odpowiednio przygotowane przez rodziców, którzy pospieszą mu w każdej chwili z właściwym komentarzem.