Serwery: co zmieniła wirtualizacja?

Od momentu, gdy wirtualne serwery stały się wszechobecne, przymiotnik "wirtualny" traci na znaczeniu. Sensowne więc wydaje się zastąpienie wyrażenia "serwer wirtualny" po prostu "serwerem". Co ciekawe, wirtualne serwery są z natury "nieśmiertelne". Dlatego zasadne staje się pytanie - czy i jak ograniczać ich żywotność? Swój żywot kończą natomiast starsze serwery fizyczne, które wiele lat wiernie nam służyły, zastępowane przez wirtualne maszyny na nowych platformach sprzętowych. Bywa, że trudno się z weteranami rozstać.

Wirtualny jak serwer

W pewnym momencie nowatorskie idee i pomysły stają się czymś oczywistym i powszechnym, a specyficzne wyrażenia związane z nimi tracą na znaczeniu. Gdy terminologia ma odróżnić stare od nowego, a to nowe szybko przestaje być nowością, to wyróżniające je przymiotniki wypadają z obiegu. Kiedy ostatni raz słyszeliśmy o benzynie "bezołowiowej"?. Przecież innej już nie ma - bezołowiowa stała się "zwykłą".

Tak samo powinno być z wirtualizacją serwerów. Przez ostatnich pięć lat, podczas "Wielkiej migracji wirtualizacyjnej", liczbie wirtualnych serwerów przybyło bardzo wiele zer. Z kolei populacja fizycznych serwerów bez uruchomionych na nich hiperwizorów dramatycznie się zmniejszyła. W większości infrastruktur, które obserwowałem w ostatnich latach, serwery wirtualne coraz wyraźniej zaczęły przeważać nad ich fizycznymi odpowiednikami (w tym fizycznymi hostami, które dały życie maszynom wirtualnym). Może więc nadszedł już czas, by rozpocząć proces pozbywania się przymiotnika "wirtualny" z dyskusji o projektach i aplikacjach.

Zobacz również:

Dlaczego warto to zrobić? Jeden z powodów - aby uniknąć nieporozumień w dyskusjach o nietechnicznym charakterze. Większość ludzi mniej więcej kojarzy, co to jest serwer. Na takiej samej zasadzie, jak co to jest automatyczna skrzynia biegów. Mają pewne pojęcie, do czego to służy, traktując szczegóły techniczne jak starożytną grekę. Kiedy jednak zaczniemy dyskusję o wirtualnych serwerach, to ze zrozumieniem zaczyna być gorzej. Uruchamiają się skojarzenia z filmowymi produkcjami o wirtualnej rzeczywistości, co prowadzi nawet do wątpliwości, czy takie serwery w ogóle istnieją - "no przecież są tylko wirtualne, nieprawdaż?".

W każdym razie, znacznym ułatwieniem byłoby pozbyć się przymiotnika "wirtualny" w dyskusjach nietechnicznych i ograniczyć się do rzeczownika "serwer". Co więcej, nawet w większości rozmów technicznych byłoby sensowne zapomnieć o słowie na "W". Bardzo często domyślnym staje się wdrożenie wirtualnych a nie fizycznych maszyn (chyba że projekt jawnie wymaga sprzętu fizycznego).

Są i inne powody, by świętować odejście określenia "wirtualny". Dwa ostatnie lata pokazały, że pokornieją nawet ci najbardziej wredni dostawcy oprogramowania, których produkty dotąd nie działały na wirtualnych serwerach. A to przez lata doprowadzało mnie do szału. Kiedy ze wsparciem technicznym omawiało się jakiś błąd lub problem z ich oprogramowaniem, to najważniejszą sprawą stawało się ukrycie faktu, że działamy na serwerze wirtualnym, a nie fizycznej maszynie. W większości przypadków wymagało to przejścia przez VM i usunięcia śladów zdradzających, że serwer był wirtualizowany - przez odinstalowanie narzędzi VMware’a, a przynajmniej ukrycia ich ikonki. Potem trzeba było trzymać mocno kciuki, by zdalna sesja ze wsparciem nie zahaczyła o użycie menedżera urządzeń, co ujawniłoby cały emulowany sprzęt.

Taka maskarada była idiotyczna, ale niezbędna. Jeśli rozmowa ze wparciem zboczyła na moment na tory, który wskazywałyby, że nasz serwer to maszyna wirtualna, natychmiast wyzwalało to tę samą reakcję supportu. Następowało odrzucenie naszego problemu i stwierdzenie, że wszystko to wina wirtualizacji. I nie miało znaczenia, że ich software doskonale działał na wirtualnym serwerze przez rok i nic w ustawieniach nie było zmieniane. - "Nie, to jest VM, nie możemy panu pomóc, do widzenia".