Biblioteka bez bibliotekarzy

Polscy bibliotekarze czują się pomijani i lekceważeni przez twórców Polskiej Biblioteki Internetowej z Ministerstwa Nauki i Informatyzacji.

Polscy bibliotekarze czują się pomijani i lekceważeni przez twórców Polskiej Biblioteki Internetowej z Ministerstwa Nauki i Informatyzacji.

Polska Biblioteka Internetowa powstaje bez udziału środowiska bodaj najbardziej zainteresowanego jej utworzeniem. To środowisko bibliotekarzy, które nie było ani nie jest informowane o zamierzeniach Komitetu Badań Naukowych oraz Ministerstwa Nauki i Informatyzacji, jak twierdzi Barbara Szczepańska z redakcji serwisu EBIB (Elektroniczna Biblioteka: Elektroniczny Serwis Bibliotekarzy i Pracowników Informacji), wydawanego pod egidą Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich.

"Nie sposób zasięgnąć żadnych rzetelnych informacji związanych z realizacją projektu Polskiej Biblioteki Internetowej" - mówi Barbara Szczepańska. Jej zdaniem bibliotekarze byli na początku pozytywnie i przychylnie nastawieni do idei utworzenia polskiego księgozbioru cyfrowego. Uznali pomysł powołania Polskiej Biblioteki Internetowej za cenną inicjatywę. Poszczególne biblioteki były gotowe udostępniać dzieła ze swych zbiorów do digitalizacji, a także we własnym zakresie wykonywać wiele związanych z tym zadań. Dzisiaj wszyscy są zawiedzeni i rozgoryczeni sposobem traktowania ich przez urzędników Ministerstwa Nauki i Informatyzacji. Nie to jest zresztą najważniejsze, ale fakt, iż uważają, że metoda przyjęta przez twórców PBI nie doprowadzi do stworzenia wartościowych zasobów i przyczyni się w efekcie do zmarnowania tak cennej i potrzebnej inicjatywy.

Czekanie na Godota

Bibliotekarze oczekiwali zaproszenia do aktywnego udziału w tworzeniu elektronicznych zasobów bibliotecznych, licząc na wykorzystanie ich dotychczasowego doświadczenia i dorobku oraz zaangażowanie ich do zadań wymagających specjalistycznej wiedzy i umiejętności. Byli pewni, że to właśnie oni będą głównymi wykonawcami pomysłu.

Stało się jednak inaczej. Zaproszenie nigdy nie nadeszło. Okazało się, że biblioteki potraktowano przede wszystkim jako rezerwuar książek do skanowania. Digitalizacją i zarządzaniem zbiorami PBI zajął się ktoś inny. Zlecenia na opracowanie i skanowanie pozycji bibliotecznych otrzymały firmy zewnętrzne. Bibliotekarzy nie zaproszono nawet do tego, na czym znają się najlepiej - do katalogowania książek.

Jaki jest tego efekt, nietrudno się domyślić. Dobór prac okazał się przypadkowy i chaotyczny. Obok dzieł o wyjątkowej randze dla polskiej kultury i literatury znalazły się specjalistyczne typowo dydaktyczne skrypty dla studentów uczelni. Popełniono także sporo błędów, które wynikają z braku podstawowej wiedzy z zakresu katalogowania. Opisy dzieł są niepełne i niezgodne z normami bibliograficznymi. Nie matypowych dla opracowań bibliotecznych indeksów, tezaurusów, języka haseł przedmiotowych, deskryptorów i słów kluczowych. W portalu PBI brakuje znanych już od dawna internautom mechanizmów wyszukiwania pełnotekstowego. Bibliotekarze uważają, że najefektywniejszym sposobem tworzenia elektronicznych zasobów byłoby wyposażenie bibliotek w odpowiedni sprzęt, którego im brakuje. Wtedy mogłyby prowadzić digitalizację zbiorów i opracowywanie cyfrowych wersji dzieł w ramach swojej codziennej, statutowej działalności.

Podczas odbywającej się wiosną br. w Poznaniu III Konferencji Polski Internet Optyczny: Technologie, Usługi i Aplikacje Ewa Dobrzyńska-Lankosz, dyrektor Biblioteki Głównej Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, przedstawiła szczegółową fachową analizę stanu Polskiej Biblioteki Internetowej. Zarówno zwróciła uwagę na jej mankamenty, jak i zaproponowała, by z występującymi problemami poradzić sobie, opierając się na doświadczeniach bibliotekarzy z podobnych przedsięwzięć. "Przygotowanie dobrego narzędzia do zarządzania tak wielką bazą danych, jaką ma się stać PBI, wymaga od jego twórców sporej wiedzy i doświadczenia oraz wiele pracy. Takie narzędzie może powstać jedynie w wyniku ścisłej współpracy informatyków i bibliotekarzy, zajmujących się strukturą baz danych. Istotne, by struktura opisu dokumentu elektronicznego została zaprojektowana zgodnie z obowiązującymi normami i przepisami, z wykorzystaniem całej wiedzy, jaka została zgromadzona na temat metadanych, tzw. Dublin Core. Opracowanie takiego oprogramowania lub zakup gotowego rozwiązania powinno być jednym z elementów szczegółowego projektu organizacyjno-merytorycznego" - podkreślała Ewa Dobrzyńska-Lankosz (cytat za: EBIB nr 7/2003). Niestety, nikt z twórców PBI nie zechciał skorzystać z tych rad.

Jak Don Kichot

Telecomp Service jest firmą specjalizującą się m.in. w przetwarzaniu dokumentów. Jej roczne przychody kształtowały się dotychczas na poziomie 2 mln zł. W 2003 r. - tylko za wykonanie zlecenia na potrzeby PBI - spółka otrzyma ok. 3 mln zł. Umowa obejmuje cyfrową obróbkę 5000 książek. Wywiązanie się z niej nie będzie jednak proste. "Czuję się trochę jak Don Kichot. Muszę działać w pojedynkę" - mówi Marek Komarnicki, prezes Telecomp Service. Marzyłoby mu się, aby jego rolą było jedynie wykonanie prac technicznych, a cała reszta została przygotowana przez bibliotekarzy. Tymczasem są trudności nawet z pozyskaniem książek do skanowania. Pracownicy Telecomp Service muszą sami dokonywać wyboru tytułów do umieszczenia w zasobach PBI. Nad projektem ze strony Telecomp pracuje 50 osób. "Środowisko bibliotekarzy nie chciało do tej pory z nami współpracować. To, co udało się zrobić, powstało tylko dzięki zaangażowaniu nielicznej grupy co odważniejszych bibliotekarzy z mniejszych ośrodków" - ocenia Marek Komarnicki. Innym utrudnieniem w realizacji zlecenia są nie uregulowane kwestie praw autorskich. Można skanować jedynie książki wydane do 1933 r.