Udział technologii

Socjologowie - zresztą nie tylko w Polsce - rzadko formułują zdecydowane hipotezy na temat społeczeństwa informacyjnego. Trudno im się nawet dziwić - za mało mamy jeszcze doświadczeń upoważniających do stawiania bardziej śmiałych wniosków.

Socjologowie - zresztą nie tylko w Polsce - rzadko formułują zdecydowane hipotezy na temat społeczeństwa informacyjnego. Trudno im się nawet dziwić - za mało mamy jeszcze doświadczeń upoważniających do stawiania bardziej śmiałych wniosków.

Udział technologii

Kazimierz Krzysztofek, [email protected]

Z tym większym zainteresowaniem sięgnąłem po wywiad z czołowym polskim socjologiem, prof. Andrzejem Rychardem, opublikowany w przedostatnim ubiegłorocznym numerze Computerworld.

Andrzej Rychard ma rację, mówiąc, że nadmierny optymizm społeczny entuzjastów nowych technologii nie jest uzasadniony. Rozstajemy się z mitem postępu, który kazał nam wierzyć w to, że nowe wynalazki przekładają się pozytywnie na szybkie zmiany życia społecznego. Struktury społeczne zmieniają się bowiem we własnym rytmie. Twardy determinizm techniczny jest naiwny. Z drugiej wszakże strony mają rację teoretycy modernizacji, których zdaniem (m.in. Everetta Hagena), jeśli nie zmienia się technologia i narzędzia, to zmiany są nieznaczne albo w ogóle się nie pojawiają w następujących po sobie pokoleniach.

Zmiany społeczne wywoływane przez technologie są nieuchronne, choć - jak dowodzi inny socjolog amerykański William Ogburn w swej znanej hipotezie opóźnienia kulturowego - nie następują natychmiast, lecz z pewną zwłoką.

Sieci kolesiów

O ile sporo wiadomo o mechanizmach dyfuzji czynników rozwojowych w społeczeństwie przemysłowym, o tyle wiedza ta jest jeszcze dość uboga w odniesieniu do funkcjonowania takich mechanizmów w społeczeństwach informacyjnych. Przede wszystkim dlatego że takich społeczeństw jest jeszcze niewiele, a w większości tzw. krajów rozwijających się w ogóle nie można jeszcze mówić o większej skali informatyzacji.

Inny ważki problem, który w wywiadzie został tylko zasygnalizowany, dotyczy roli, jaką mogą odegrać technologie informacyjne w budowaniu sieci w różnych dziedzinach życia. Zdaniem prof. Jadwigi Staniszkis, na którą powołuje się Andrzej Rychard, mamy w Polsce niedobre przykłady usieciowienia instytucji i grup interesów, czyli zrastania się kapitału politycznego z gospodarką. Tu należałoby mówić o "sieci kolesiów".

Zdaniem interlokutora Computerworlda to usieciowienie może doprowadzić do wyłonienia się nowej hierarchii. Domyślam się, że profesorowi chodzi o hierarchię, na której czele stanie nowa elita reprezentująca sektor high tech, badań, wysoko kwalifikowanych usług społecznych itp. Byłoby to piękne, zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Bardziej przemawia mi do przekonania pesymizm innego polskiego socjologa Edmunda Mokrzyckiego. Jego zdaniem jeszcze długo odbijać się nam będą czkawką układy interesów i konflikty odziedziczone po PRL, w których aktorami będą schyłkowe klasy: robotnicza i chłopska, a nie mikra klasa średnia, która byłaby najlepszym promotorem owego sektora podłączonego do świata i dająca szanse kooperowania i konkurowania z nim.

Obecny system jest nastawiony na konflikty typowe dla starej peerelowskiej struktury i roszczenia adresowane do rządu. Jaskółką zwiastującą triumf nowego mogłaby być zmiana przedmiotu rewindykacji społecznych: "Na przykład domaganie się prawa dostępu do usług, do narzędzi telekomunikacji, do bycia obecnym online". Gdyby tak się stało, to mielibyśmy powody do optymizmu, że oto dojrzewa świadomość tego, co przyszłościowe i ważne dla ludzi.

Na razie takie roszczenia się nie pojawiają. Ale kto wie, może już niedługo? Niektóre badania socjologiczne nastrajają optymistycznie. Na przykład badania prof. Marka S. Szczepańskiego na Śląsku, z których wynika, że w hierarchii ważności dla rodziców najistotniejsze staje się wykształcenie dzieci. A bez szansy bycia online nie można dziś liczyć na awans edukacyjny i w perspektywie zawodowy.

Czy należy się obawiać, że w sytuacji, gdy jądro demokracji w Polsce jest zbyt słabe, to technologie informacyjne mogą zostać użyte do złych celów? Zależy, jakie "złe cele" mamy na myśli. Jeśli jakiś technoautorytaryzm, to tego bym się nie obawiał. Nawet nie dlatego że wierzę mocno w demokratyczne zaangażowanie naszych elit. Po prostu Unia Europejska na to nie pozwoli.

Dyktatury dziś można sobie wyobrazić tylko w biednych krajach i trzeba się liczyć z tym, że będziemy mieć do czynienia z lokalnymi pokusami totalitarnymi. Reżimy, które mają takie ciągotki, dotychczas bały się sieci - tego, że nie pozwoli ona na ukrycie prób totalitaryzacji społeczeństw. Zapewne to jeden z powodów, dla których w wielu biedniejszych państwach na świecie blokuje się rozwój społeczeństwa informacyjnego, czego nie można tłumaczyć jedynie brakiem zasobów. Gdy się jednak okaże, że można skuteczniej kontrolować społeczeństwo za pośrednictwem tych technologii, to rychło znajdą się na to środki. Firmy z wolnego świata nawet w tym pomagają (jak w przypadku władz chińskich, którym dostarczają programy służące do monitorowania sieci).

Totalitaryzm odcięty od świata wydaje się dziś mało prawdopodobny, ale należy się liczyć z funkcjonowaniem systemów autorytarnych osadzonych w kulturze. Technologie tego nie zmienią. Co więcej, mogą ugruntować takie struktury. Technologia może być do pogodzenia z na poły feudalnym społeczeństwem informacyjnym, lecz raczej tylko na skalę lokalną.


TOP 200