Słowa nieunormowane

Z Krzysztofem Przyłuckim, dyrektorem BTInfo - Biuro Tłumaczeń Informatycznych, rozmawiają Przemysław Gamdzyk i Andrzej Gontarz.

Z Krzysztofem Przyłuckim, dyrektorem BTInfo - Biuro Tłumaczeń Informatycznych, rozmawiają Przemysław Gamdzyk i Andrzej Gontarz.

Krzysztof Przyłucki, dyrektor BTInfo - Biuro Tłumaczeń Informatycznych

Krzysztof Przyłucki, dyrektor BTInfo - Biuro Tłumaczeń Informatycznych

Czy jest Pan zadowolony z obecnej kondycji języka polskiego stosowanego w teleinformatyce?

Na początku lat 90. była to orka na ugorze. Każdy tłumaczył po swojemu, brakowało zgody co do tego, jakich terminów należy używać. Dzisiaj jest już znacznie lepiej, choć nie zawsze tłumaczenia terminów, które się przyjęły, są najlepsze.

Czy są prowadzone prace normalizacyjne?

Tworzenie polskich norm jest procesem zbyt wolnym, nieadekwatnym do szybkości zmian w teleinformatyce. Ludzie zaczynają używać określonych terminów, nie czekając na ustalenia instytucjonalne. Jak już się przyzwyczają, to później w praktyce tych nawyków nie da Ű Ű się zmienić. W pewnym sensie język zdaje się częścią tożsamości człowieka, tym samym próba nakłonienia kogoś, by zaczął używać innych słów na nazwanie tej samej rzeczy, rodzi bunt i opór, nie mniej silny niż w przypadku dążenia do zmiany poglądów czy zachowania. Stąd dyskusje o tłumaczeniach często mają charakter emocjonalny.

Gdy dochodzi nowy termin, pojawiają się różne propozycje jego tłumaczenia na język polski. Przez pewien czas funkcjonują one równolegle, po czym jedno tłumaczenie zyskuje krytyczną masę akceptacji i zaczyna być powszechnie używane. Tłumaczeniem w teleinformatyce zawodowo zajmuje się w Polsce kilkaset osób, do tego dochodzi stosunkowo wąskie grono dziennikarzy i redaktorów, tworzących grupę wywierającą decydujący wpływ na te wybory. Oczywiście, pozostaje jeszcze głos użytkowników.

Ekspansja Internetu doprowadziła do tego, że język informatyki przestał być zamknięty, zaczął żyć własnym, sieciowym życiem. Oczywiście, nasiliło to proces "psucia się" języka, ale sytuacja nie wygląda jeszcze źle. Mam nadzieję, że nie jest jeszcze tak jak w ekonomii, tzn. zły termin wypiera dobry. Co ciekawe, dla niektórych argumentem przemawiającym za wyborem konkretnego tłumaczenia danego terminu jest większa liczba odwołań do stron WWW w wyszukiwarce internetowej.

Są to zapewne w dużej mierze procesy o naturze chaotycznej. Czy jednak rzeczywiście zawsze udaje się ustalić standardy de facto?

Oczywiście, nie. Musimy uwzględniać potrzeby i wytyczne naszych klientów - dużych firm teleinformatycznych. Prowadzi to jednak do tego, że stosujemy zindywidualizowane słowniki pod kątem konkretnego klienta. Czasem musimy iść na kompromisy i zdecydować, gdzie można ustąpić, gdzie zaś należy walczyć o czystość języka.

Wciąż jednak mamy różne terminy, z którymi wszyscy się męczą przez lata. Chociażby tak szeroko używane określenie Business Intelligence. Dlaczego nie udało się znaleźć zgrabnego tłumaczenia?

Dla nas to inteligentna analiza danych bądź analiza danych gospodarczych, choć nie wszystkim takie propozycje się podobają. Niektórzy obstają przy "inteligencji biznesowej", choć to fatalna kalka językowa, wypaczająca sens tego terminu. Jest on trudny, nie da się go krótko zdefiniować, zapewne na początku zaprezentowano tylko złe pomysły jego tłumaczenia. Nieraz bardzo trudno przekonać nam klientów, że tłumaczenie, do jakiego są przywiązani, jest niepoprawne. Najgorzej, gdy jest sprzeczne z regułami języka polskiego. Generalnie lepiej unikać tzw. zapożczeń właściwych, czyli neologizmów pochodzących bezpośrednio z języka angielskiego, takich jak firewall, gateway czy bridge. Naszym celem nie jest słowotwórstwo za wszelką cenę, ale wyszukiwanie określeń, które dobrze wpisując się w reguły i ducha naszego języka są zarazem "zgrabne". Często prowadzi to do neosemantyzmów, czyli nadawania nowych znaczeń starym słowom, jak zapora, brama, most czy choćby agent albo korporacja. Niekiedy akceptowane są zapożyczenia przyswojone w formie fonetycznej, przy czym nieuchronne jest chyba zjawisko dochodzenia do pisowni fonetycznej, jak w przypadku routera, który staje się ruterem.

Widać, że coraz więcej słów "z branży" przechodzi do języka potocznego, zwłaszcza wśród młodzieży. Czy jednak dzieje się tak również na poziomie samych zasad językowych?