Szukaj albo przepadnij

Wyszukiwanie danych, informacji i wiedzy staje się w wieku Internetu bodaj najważniejszą kompetencją cywilizacyjną, podobnie jak wcześniej pisanie i czytanie.

Wyszukiwanie danych, informacji i wiedzy staje się w wieku Internetu bodaj najważniejszą kompetencją cywilizacyjną, podobnie jak wcześniej pisanie i czytanie.

Kazimierz Krzysztofek

Jorge Luis Borges napisał kiedyś, że kondycję człowieka wyznaczają cztery uniwersalne narracje, które są kanwą arcydzieł literatury i sztuki: epos o Troi, który symbolizuje podstęp; Odysea - wędrówka, błądzenie, powracanie, tęsknota za domem; cierpienie ucieleśnione Męką Pańską oraz wieczne poszukiwanie wyrażone w legendzie o Graalu.

Współczesna cywilizacja obiecuje nam minimalizację cierpienia, ale zmusza do dwóch innych działań - ciągłego wędrowania i poszukiwania: szukajcie, a znajdziecie, navigare necesse est. Ale równie konieczne jest poszukiwanie, czyli trawestując: guglare necesse est.

Poszukiwanie sensu, ideału, szczęścia, satysfakcji, doznań, przeżyć wypełniało zawsze większą część życia ludzkiego, ale dziś przybiera coraz bardziej postać wyszukiwania tych dóbr i wartości z pomocą odpowiednich narzędzi, których niekoronowanym królem jest Google, wyczerpująco opisany w książce Johna Batelle'a: Szukaj. Jak Google i konkurencja wywołali rewolucje biznesową i kulturową (WN PWN Warszawa, 2006). Mówi się już o ekonomii i kulturze wyszukiwania, która nieomal staje się sztuką. A to wymaga kompetencji.

Rozpoznanie: dysguglia

To nie jest tylko kwestia samego szukania i znajdowania informacji - ludzie zawsze jej potrzebowali do przetrwania i wiele czynili, aby sobie ułatwić jej pozyskiwanie, gdy jej zaczęło w niekontrolowany sposób przybywać. Po to robiło się spisy treści, skorowidze, inwentarze itp. Dziś chodzi o dużo więcej - o to, że wyszukiwanie danych, informacji, nowej wiedzy staje się w wieku Internetu bodaj najważniejszą kompetencją cywilizacyjną, podobnie jak wcześniej pisanie i czytanie. Brak tej umiejętności będzie coraz bardziej doskwierał, jak dziś inne, znane i opisane ułomności w sztuce komunikowania i komunikowania się - dysleksja czy dysgrafia. Nie zdziwię się, jeśli za niedługo będzie się mówić o dysguglii.

Z każdą nową osobą, instytucją czy książką, która znajduje swą drogę do sieci, nakaz wyszukiwania staje się coraz bardziej przemożny. W Polsce tego tak mocno nie odczuwamy, skala dygitalizacji zasobów jest bowiem jeszcze relatywnie mała. Tam gdzie jest wysoka, czuje się siłę Internetu i potencjał jego zasobów. Jak pisze Batelle, w USA rutyną staje się szperanie za wszystkim. Każda decyzja biznesowa, ba, nawiązanie kontaktu z nieznaną osobą, pierwsza randka, zaczyna się od Google, Yahoo! czy MSN. Naturalnie, aby takie wyszukiwanie było skuteczne, nie wystarczy tylko duża skala ucyfrowienia zasobów, ale także transparentność systemu społecznego, wola umieszczania w sieci wszystkiego co zostało ujawnione, każdego wyroku sądowego, problemów ludzkich z prawem, obyczajem, przyzwoitością, alkową itp.

Podgląd, podsłuchi… "podklik"

To wszystko już brzmi groźnie, ale to jeszcze mała skala procesu łączenia wszystkiego ze wszystkim. Przed nami jest prawdziwa rewolucja związana z użyciem RFID.

Pisze Batelle: "W najbliższej przyszłości wyszukiwanie opuści swoją kołyskę, sieć WWW, rozprzestrzeniając się swobodnie na wszystkiego rodzaju urządzenia… Wyszukiwanie zostanie wbudowane we wszystkie istniejące urządzenia cyfrowe. Telefon, samochód, telewizor, wieża stereo, najdrobniejszy przedmiot z układem scalonym i możliwością łączenia się - wszystko będzie umożliwiało wyszukiwanie w sieci" (s. 187).

Już dziś reintrodukowane do warunków naturalnych zwierzęta są wyposażone w chipy, które pozwalają śledzić każdy ich ruch; ochipowane zostaną też te, które żyją na wolności. Będzie się to namnażać na zasadzie potęgowego rozkładu z szybkością wirusa. Częścią tego zjawiska stają się technologie, nazywane przez Andrzeja Gwoździa, badacza rzeczywistości ekranowej, "maszynami widzenia". Smart cameras będą wizualizować niemal wszystko w skali makro i mikro, a podłączone mogą być dostępne powszechnie.

Nie całkiem fantastycznie czy hipotetycznie rysuje się więc taka scenka: umierasz w swoim inteligentnym mieszkanku. Czujniki wykrywają zanik tętna, spadek ciśnienia i temperatury ciał. Wszystko jest podłączone do sieci, przez którą komputer łączy się z zakładem pogrzebowym, notariuszem i najbliższą rodziną. A rodzina nie musi już niczego załatwiać, czeka tylko na otwarcie testamentu.

Pytanie, co na to "powiedzą" kultury społeczeństw poddanych takiej operacji, jak zareagują na tak radykalną zmianę. Ile będzie akceptacji, ile odrzucenia, ile konwergencji i jaka się wytworzy kultura adaptacyjna, która pozwoli ludziom to przeboleć; słowem, jaki będzie bilans zysków i kosztów społecznych. Te pierwsze będą oczywiste: zwiększenie bezpieczeństwa. Teoretycznie nie ujdzie uwagi żaden podejrzany przedmiot podczas kontroli na lotnisku, a to dziś spędza sen z oczu wszystkim. Rysuje się jednak istotny dylemat cywilizacyjny. "Bycie w zasięgu" stanie się kluczowe w cyfrowym świecie z punktu widzenia szans, uczestnictwa, edukacji, sukcesu ekonomicznego, upowszechniania kultury i czego tam jeszcze.

Cały Internet w ręce ludu?

Powstaje poważny problem, jak zdecentralizować nadzór nad tym mechanizmem przejrzystości, aby nie był on skoncentrowany w jednych rękach, jak utrzymać check and balance, aby dostęp do niego był rozłożony na wiele podmiotów: instytucje rządowe, policyjne, ale i społeczności lokalne, uniwersytety, kościoły i inne organizacje pozarządowe. David Brin, autor głośnej przed laty książki "The Transparent Society" nie ma wątpliwości: każdy obywatel powinien mieć poprzez własny PIN dostęp do rządowych i biznesowych baz danych, żeby mógł wiedzieć, co o nim tam jest. Bez tego mówienie o wolności nie ma sensu. Chodzi o to, aby dysponowanie informacją i wiedzą nie dawało komuś przewagi. Pytanie tylko, jak to zrobić. W Ameryce po 11 września jest klimat dla takiej przejrzystości, która ogranicza prywatność, nawet intymność, ale daje nadzieje na wzrost bezpieczeństwa, nie wiadomo jak złudne.

Swoją robotę robią także hakerzy. Mają we krwi ujawnianie praktyk rządowo-biznesowych, które im się - słusznie czy niesłusznie - nie podobają. Są przekonani, że w ten sposób wyrównują szanse społeczeństwa obywatelskiego. Oczywiście, po sieci krąży wiele niesprawdzonych informacji i danych, które mogą zniszczyć każdego, ale taki jest koszt wolności obiegu. W ideologii hakerskiej widać tęsknotę za upublicznieniem i uspołecznieniem wszystkiego.

Nie wiadomo jednak, czy taka transparentność ograniczy ryzyko cywilizacyjne. Logicznie wydawałoby się, że tak, ale sprawa jest bardziej skomplikowana. Nadzieje pokłada się w tym, że im więcej high tech i wiedzy na niej opartej, tym łatwiej zredukować niepewność. Recepta wydaje się prosta: trzeba się odwoływać do coraz doskonalszych systemów eksperckich. To stara tęsknota. Życie jednak pokazuje, że im więcej techniki i wiedzy, tym bardziej rośnie niepewność i ryzyko, co stwierdzał już wiele lat temu Ulrich Beck. Im więcej wiedzy, tym bardziej złożone stają się struktury społeczne, które generują nieprzewidywalne zjawiska. Główni aktorzy: korporacje, zatrudniani przez nie naukowcy, eksperci, politycy wytwarzają ryzyko, ale nie kwapią się do przejmowania za nie odpowiedzialności.