Przylądek dobrej nadziei

Dzisiaj od Internetu - od technologii informatycznych w ogóle - oczekuje się cudu: wyeliminowania sprzeczności między budowaniem efektywnej, innowacyjnej gospodarki a zapewnieniem społeczeństwom w miarę sprawiedliwego i powszechnego dobrobytu.

Dzisiaj od Internetu - od technologii informatycznych w ogóle - oczekuje się cudu: wyeliminowania sprzeczności między budowaniem efektywnej, innowacyjnej gospodarki a zapewnieniem społeczeństwom w miarę sprawiedliwego i powszechnego dobrobytu.

Historyczne doświadczenia - wraz z ostatnimi próbami ustanowienia państwa opiekuńczego w Europie - aż krzyczą, że wyeliminowanie tej sprzeczności jest niemożliwe. Praktycznie nie ma też wyboru. Rozwój konkurencji i wolnego rynku, nie kontrolowany przez państwo, zwiększa dystans między bogatymi a biednymi, natomiast interwencja państwa w stosunki gospodarcze - opiekuńczość - kończy się zmniejszeniem dynamiki rozwoju gospodarczego i jeszcze większymi napięciami społecznymi. Zdecydowana większość państw powróciła więc do modelu liberalnego, mimo że elity lewicowe nigdy nie zrezygnowały z ideałów społecznych. W listopadzie tego roku prezydent Bill Clinton wezwał, żeby porzucić jałowe spory o wyższość lewicy czy prawicy i zwrócić uwagę na Internet i nowe technologie informatyczne, które przyniosły Ameryce i koniunkturę gospodarczą, i dobrobyt.

Czy istotnie, po informatyce zasadnie można się spodziewać czegoś więcej niż spowodowały wszystkie poprzednie rewolucyjne wynalazki techniczne, np. druk, kolej czy telefon? Wszystkie one stały się narzędziem w konkurowaniu o dostęp do zasobów, o sprawniejszą realizację procesów biznesowych, większy wpływ na konsumentów i zysk. Wszystkie wynalazki techniczne wspierały ludzi w czynieniu sobie poddaną nie tylko ziemi, ale przede wszystkim innych ludzi. Zdobycze moralne czy intelektualne, a w efekcie społeczne, były tylko produktem ubocznym wielkiego konkurowania.

Dlaczego Internet miałby zmienić ten schemat oddziaływania techniki? Dlaczego właśnie technologia informatyczna miałaby jako pierwsza w historii najpierw ustanowić stosunki społeczne i im właśnie podporządkować stosunki gospodarcze? O to przecież w istocie chodzi. Największą bowiem frustrację w ludziach budzi nieskuteczność dobra. Dlaczego rozwiązania społeczno-ekonomiczne, podporządkowane wartościom humanistycznym, nie mogą być podstawą budowania ładu gospodarczego? Dlaczego władcami świata są dysponenci środków produkcji? Dlaczego humaniści zawsze są szantażowani stwierdzeniem, że dzielić można tylko to, co zostanie wytworzone, i zawsze pouczani, aby pozwolili działać ludziom biznesu?

Odpowiedź ekonomistów

Odpowiedź ekonomistów na zarzuty humanistów jest zawsze taka sama. Dzisiaj nie znamy innego sprawnego systemu gospodarczego niż kapitalizm, czyli prywatna własność, wolny rynek i konkurencja. Dopóki ten model biznesu się nie zmieni, dopóty nie zmieni się zasada podziału zysków: nie według potrzeb i zasług, lecz według włożonego kapitału. Kapitał może być różnie rozumiany. Ekonomiści mają rację. Wszelki bunt społeczny w kapitalizmie - bez kwestionowania jego istoty - jest fałszywy.

Zatem pytając o rolę Internetu w konstruowaniu nowego porządku społecznego, trzeba zobaczyć, czy Internet zmienia ten model biznesu. Można już dzisiaj wiele powiedzieć o skutkach zastosowania informatyki do wspomagania zarządzania produkcją, dystrybucją, zarządzania kontaktami z klientami i zintegrowanymi łańcuchami dostaw. Generalnie dzięki informatyce produkuje się szybciej, taniej, więcej, akurat tak jak potrzeba, i można to jeszcze sprzedać większej liczbie klientów. Informatyka przekształca też stosunki między partnerami w biznesie, inaczej rozdziela role między nimi. Ale jest to jakby pierwsza funkcja informatyki i wcale nie ma ona ponadczasowego znaczenia. Ma takie, jak inne wynalazki w historii, np. kolej czy elektryczność. Natomiast rzeczywiście nową jakość w gospodarce rodzi fakt, że dzięki tym wszystkim zmianom zysk z działalności gospodarczej przesuwa się ku tym, którzy teoretycznie i praktycznie są jedynie konsumentami. Brzmi to tak paradoksalnie, że wymaga szerszego wyjaśnienia.

Otóż, w trakcie działań gospodarczych wytwarzana jest wartość dodana. Tworzą ją głównie ci, którzy mają dostęp do kluczowego dobra albo kluczowego procesu w danym biznesie. Między nimi odbywa się najbardziej krwiożercza walka konkurencyjna. Oni dyktują warunki prowadzenia biznesu pozostałym jego uczestnikom. U zarania ery przemysłowej był to dostęp do surowców, potem do kapitału, następnie posiadanie środków produkcyjnych, teraz za najważniejszy uważa się dostęp do wiedzy i lojalności klientów. Ale to nie koniec tego łańcucha przesuwania się wartości dodanej.

Informatyka spowodowała, że towary i usługi są wytwarzane tanio, a Internet - iż ceny są ujednolicane, bo łatwo porównywać oferty, bo klient szybko się uczy i ma z czego. Dzięki ogromnej obniżce cen produktów konsument wydaje zdecydowanie mniej na taki sam produkt, a nawet lepszy. To w jego w kieszeni zostaje teraz większość tego zysku, który wcześniej zabierał dysponent surowców, środków produkcji, kapitału, wiedzy. Ten proces będzie się pogłębiał. Oznacza to wiele konsekwencji nie tylko dla biznesu. Otóż, konsument będzie wydawał pieniądze na coraz więcej różnych rzeczy i usług, będzie wyraźniej niż kiedykolwiek w przeszłości dyktował, jakie interesy będą się opłacały, a jakie nie, będzie dokonywał redystrybucji zysku producentów. To konsument będzie wytwarzał wartość dodaną w postaci decyzji o zakupach. Tylko on ma "dostęp do siebie", czyli do głównego zasobu niezbędnego, aby kontynuować daną produkcję albo zmienić na inną. Ta konsekwencja opisywanych zmian w modelu biznesu jest znacznie ważniejsza niż upowszechnienie dobrobytu czy nowe szanse na rozwój i zamożność dla tych, którzy ich wcześniej nie mieli z powodu dużych kosztów zakupu różnych dóbr. Rozszerzanie się dobrobytu na skutek tanienia dóbr jest zbyt powolnym procesem, aby coś istotnego zmieniło się w stosunkach społecznych na świecie. Ale przejęcie przez konsumentów wytwarzania wartości dodanej i zarządzania zyskiem jest wydarzeniem rewolucjonizującym te stosunki. Również dlatego że degraduje znaczenie konkurencji. Klienci nie będą między sobą konkurować, bo ich decyzje nie będą kolidować z decyzjami innych konsumentów, będą więc wydawać swoje pieniądze w sposób pokojowy. Nie znaczy to, że w ogóle nie będą rywalizować.