Plastikowe bogactwo

Z wiekiem powoli tracę pamięć i powinna mnie trochę uspokoić wieść, że amerykański rynek ma zostać wkrótce opanowany przez - od kilku już lat popularne w Europie - inteligentne karty kredytowe.

Z wiekiem powoli tracę pamięć i powinna mnie trochę uspokoić wieść, że amerykański rynek ma zostać wkrótce opanowany przez - od kilku już lat popularne w Europie - inteligentne karty kredytowe.

Karta taka to nie byle kawałek plastiku z magnetycznym paskiem. To miniaturowy komputer, zawierający moją cyfrową tożsamość, mój prywatny klucz szyfrowy, listę kluczy publicznych, kilka kodujących chipów i kilobajtów RAM. Dokładnie to, czego potrzebuję. Za pomocą takiej karty - jak się dowiaduję - będę mógł włączać silnik mojego samochodu, płacić zdalnie myto na rogatkach autostrady, otwierać drzwi do mojego biura, uzyskiwać dostęp do elektronicznych banków danych, płacić za rozmowy telefoniczne z każdego automatu no i, aha, także płacić w sklepie i pożyczać pieniądze. Może wreszcie będę mógł wziąć nożyczki i pokroić na cienkie paski wszystkie dziesięć moich konwencjonalnych kart kredytowych (a może 12, nie bardzo pamiętam...).

Jako nałogowy konsument plastikowych kredytów - co jest niewielkim pocieszeniem - nie jestem w Ameryce wyjątkowym, patologicznym przypadkiem. Choć amerykańskie karty kredytowe są - jak wspomniałem - przeciętnie biorąc mniej inteligentne od europejskich (Amerykanie tłumaczą to faktem, że w Ameryce lepiej działają telefony i "głupie" karty zupełnie dobrze sobie radzą), jest ich tu bardzo dużo. Jak przewiduje się, w 2000 r. ok. 128 mln Amerykanów będzie miało karty (dla ścisłości, średnio każdy po 13), zaś co do tych najbardziej uniwersalnych bankowych kart kredytowych (typu VISA czy MasterCard), to ma je dziś ok. 67% gospodarstw domowych - mniej więcej dwie na rodzinę. Przeciętny dług na każdej karcie nie jest może zbyt duży - ok. 1500 USD, ale jak to wszystko dodać, otrzymamy 450 mld. Jak mówią - "Tu milion, tam milion i niedługo zaczynamy mówić o prawdziwych pieniądzach". Gdyby wszyscy amerykańscy posiadacze kart bankowych wykorzystali do końca swe linie kredytowe i pożyczyli co mogą do ostatniego dolara, to rzeczywiście w grę wchodziłyby prawdziwe pieniądze - 1,6 bln USD.

Zastanawiam się, co by się stało z amerykańską gospodarką, gdyby wszyscy obywatele nagle się maksymalnie zapożyczyli i udali np. na długie wakacje na Wyspy Karaibskie...?

Tonąc w długach

Cała ta karciana afera zawsze mnie bardzo intrygowała, bo w gruncie rzeczy używanie kart kredytowych jest decyzją nierozsądną ekonomicznie. Wysokość płaconych procentów (w typowych przypadkach od 12 do 23) jest znacznie wyższa niż np. przy spłacie długu hipotecznego, zaciągniętego na kupno domu, który dziś "kosztuje" w Ameryce mniej niż 7%. Skąd ta ogromna różnica? Oczywiście, ze strony banków najpewniejszym interesem byłoby pożyczanie pieniędzy ludziom, którzy ich wcale nie potrzebują. Ale jeśli tych nie da się namówić do zaciągnięcia kredytu, to drugą najrozsądniejszą decyzją jest pożyczenie pod zastaw - np. domu czy samochodu, w każdym razie czegoś, na co niechętnie machnęlibyśmy ręką, zostawiając rzecz w przydrożnym rowie. Dopóki dom nasz czy samochód są zadłużone, dopóty bank ma pewną gwarancję, że będziemy się wywiązywać z naszych płatności. Pożyczanie bez zastawu - i w dodatku osobom, których właściwie zupełnie nie znamy - zakrawa na ekonomiczne szaleństwo. Sztuka polega na tym, by za to szaleństwo płacili sami dłużnicy, a nie bank wystawiający im karty kredytowe. Oprocentowanie kredytu jest więc miarą podejmowanego przez bank ryzyka.

Ryzyko to, w przypadku kart kredytowych, jest przez instytucje bankowe dość precyzyjnie mierzone. W ubiegłym roku np. banki oferujące karty kredytowe (a jest ich w Ameryce ok. 6000) nie odzyskały od 5,5 do 7% pożyczonych pieniędzy. Co się z nimi dzieje? Część wpada w ręce oszustów. Kiedy przed kilkoma laty mój przyjaciel Marcin ukończył studia w Stanach i powrócił do Polski, wkrótce po jego wyjeździe zacząłem otrzymywać na jego nazwisko (mój adres był jego oficjalną amerykańską rezydencją) wyciągi bankowe, z których wywnioskowałem, że ktoś prowadzi na jego konto bardzo rozrzutne życie, stołując się w najlepszych restauracjach oraz kupując biżuterie i drogi sprzęt elektroniczny. Okazało się, że jego dawni koledzy ze studiów, z którymi dzielił wynajęte mieszkanie, przyjęli od kilku banków wystawione dla niego oferty i przez kilka miesięcy dokonali za pomocą jego kart kredytowych zakupów na sumę wynoszącą ponad 15 tys. USD. W związku z tym nawiązałem telefoniczną znajomość z policjantami z Binghamton, którzy nie mieli trudności z ujęciem sprawców, ponieważ podałem im ich adresy i nazwiska. Nie sądzę jednak, by znaleźli się w więzieniu (za długi tu się już nikogo nie wtrąca do więzienia) bądź spłacili szkody - co zjedli to już ich.

To oszustwo bankowe było oczywiście wyjątkowo prymitywne. O bardziej wyrafinowanych napiszę jednak może kiedy indziej. Rzecz w tym jednak, że jawne nadużycia są przyczyną małej tylko części strat. Znacznie więcej płacą bankowi klienci za bankructwa. Bankructwo było niegdyś w Ameryce rzadkością, ponieważ nie należało do dobrego tonu. Dżentelmeni wstydzili się bankrutować. Po złagodzeniu w 1978 r. przepisów prawnych, regulujących niewypłacalność, i w wyniku pewnej zmiany obyczajów, stało się ono dziś sensowną ekonomiczną decyzją, z którą nie jest związane moralne piętno. Nie jesteś w stanie spłacić swych długów? Zwracasz się do sądu o ochronę przed wierzycielami i masz spokój. Wiąże się to, oczywiście, z pewnymi niedogodnościami - musisz się "finansowo zreorganizować", a także przez kilka lat nie będziesz mógł otrzymać karty kredytowej... W roku 1997 z możliwości takiej skorzystało 1 330 000 Amerykanów, co kosztowało ekonomię kraju 40 mld USD, tj. ok. 400 USD na każdą rodzinę.

Nie wszyscy bankruci mieli długi na kartach kredytowych, ale była wśród nich spora liczba osobników na tyle rozsądnych, by swój kredyt karciany wykorzystać do końca przed ogłoszeniem upadłości.