Obywatelstwo informacyjne

Kiedy Donald Tusk zaobserwował reakcję internetowych forów na pomysł blokowania "niegrzecznych" stron, zadziałał zgodnie z zasadami marketingu politycznego. Zorganizował spotkanie, bo pojawiła się luka pomiędzy wiedzą i kompetencjami rządowych legislatorów a doświadczeniem rosnącego elektoratu internautów.

Dyskusja Premiera z blogerami i przedstawicielami aktywnych w Internecie organizacji pozarządowych była czymś więcej niż okazją do wyjaśnienia stanowisk. Dodatkowy czas na rozmowę o granicach wolności w Internecie powoduje, że fani wirtualnego hazardu uzyskali chwilową dyspensę, ale ciekawsza jest propozycja utworzenia nowej grupy inicjatywnej, która pomoże ustalić zasady funkcjonowania stałej, internetowej platformy konsultowania rządowych projektów. W ten sposób urzędnicy Premiera potwierdzają, że dotychczasowe narzędzia debaty politycznej nie dają okazji do zaangażowania części zainteresowanych, a próby zapanowania prawnego nad problematyką stosowania technologii informacyjnych w różnych dziedzinach życia, okazują się ostatnio zbyt często nieudane, a przez to potencjalnie kosztowne politycznie.

Konstytucja analogowa

Warunki rozwoju technologii informacyjnych, Internet, społeczeństwo informacyjne, czy też trochę pustawe hasło "informatyzacja", to przykłady problemów, które w polityce rządu i legislacji mają charakter horyzontalny. Dotyczą wszystkich działów administracji, ale dotąd nie wypracowano właściwej płaszczyzny dokonywania rozstrzygnięć.

Gdy w rządzie pojawia się zagadnienie na styku kompetencji różnych ministrów, to się go przypisuje jednemu z nich lub powołuje się zespół międzyresortowy. Oba rozwiązania mają istotne wady. Jeżeli stworzylibyśmy samodzielne ministerstwo informatyzacji lub społeczeństwa informacyjnego, to taki minister zorganizuje wprawdzie grupę ekspertów, ale nie może skutecznie wejść w codzienne kompetencje innych ministrów, tym bardziej im czegoś narzucić. Czy może dlatego informatyzację umieszczono w resorcie siłowym, MSWiA? Sama informatyzacja to jednak bardzo specyficzna grupa projektów nastawionych na usprawnienie administracji. Jeżeli z braku innego pomysłu dopisano nominalnie do informatyzacji problematykę społeczeństwa informacyjnego, to brak oficjalnej reakcji MSWiA na pomysł rejestru stron niedozwolonych znamionował typowy międzyresortowy podział. Rejestr miał zorganizować Prezes UKE, nadzorowany przez innego ministra - infrastruktury.

Z kolei rządowy zespół międzyresortowy, to twór w miarę dobry do rozwiązania konkretnego problemu, ale nieskuteczny w sprawach ogólnych, wymagających stałej obsługi administracyjnej i analitycznej oraz zdolności rozpisywania odpowiedzialności na poszczególnych ministrów. Wykazujący się i tak nietypową aktywnością wobec innych podmiotów i zagadnień zespół międzyresortowy ds. programu Cyfrowa Polska, to przykład takiej właśnie sytuacji. Można tą metodą przeprowadzić przez uzgodnienia międzyresortowe ustawę o wspieraniu rozwoju sieci i usług telekomunikacyjnych, ale zadowalające rozwiązanie problemu cyfryzacji mediów jest trudniejsze, bo zahacza o kompetencje całkowicie niezależnej od rządu Krajowej Rady.

W poprzednim rządzie utworzono wysoko umocowany Komitet Rady Ministrów ds. Łączności i Informatyki, ale on też nie jest w stanie działać zamiast ministerstw. Jego istnienie dawało nadzieję na postęp tylko przez pierwsze dwa czy trzy posiedzenia, kiedy rządził nim apodyktyczny wicepremier Ludwik Dorn, mający odwagę narzucać ministrom zadania i ich dyscyplinować. Kiedy Dorn został Marszałkiem Sejmu, Komitet stał się miejscem "klepania" na dalszą drogę licznych ustaw i rozporządzeń, w których pojawiało się przynajmniej raz słowo "informatyka" lub "komputer".


TOP 200