Mniej bezpłatny Internet

Kiedy właściciel jednego z największych imperiów medialnych Rupert Murdoch oświadcza, że czas zacząć płacić za informacje w gazetach publikujących dotąd za darmo w Internecie, nie sposób go zlekceważyć. Jest oczywiście pewien paradoks w tym, że do sprowokowania dyskusji nad swoim nowym manifestem wykorzystuje on darmową część własnego portalu Wall Street Journal.

Promowana przez Murdocha strategia pobierania opłat za dostęp do internetowych wydań gazet w pierwszym przybliżeniu wygląda jak prosty rachunek zysków i strat. W gazetach gwałtownie spadły wpływy z reklam i tym samym kurczą się środki na przygotowanie materiałów oraz pracę dziennikarzy. Jak się można było spodziewać, reklamodawcy idą za czytelnikami, którzy coraz szerzej korzystają z nowych mediów. Jednak przychody z reklam w Internecie niekoniecznie trafiają do internetowych portali gazet. Dla reklamodawców znacznie bardziej interesująca jest współpraca z wyszukiwarkami lub serwisami społecznościowymi i operatorami różnego rodzaju narzędzi ułatwiających użytkownikom korzystanie z sieci. Płatność za dostęp do gazet w Internecie miałaby kompensować straty.

Straty gazet powoduje przecież również to, że użytkownicy poszukujący w Internecie wiadomości lub komentarzy prasowych, nie zawsze znajdują je tam gdzie je wytworzono. Pomijając niebagatelną kwestię ochrony praw do wiadomości, przygotowanych niekiedy dużym nakładem pracy, bazujących na unikalnej wiedzy, kontaktach, kreatywności, umiejętnościach, informacja bywa wtórnie przetwarzana, agregowana, niekiedy pozbawiona cech pozwalających zidentyfikować oryginalnego autora czy wydawcę. Nawet jeżeli poważne serwisy nie uchylają się od przywołania źródeł, niełatwo to przełożyć na rozliczenia z reklamodawcami.

Zdradzona narzeczona

Od jakiegoś czasu reklamodawcy interesują się bardziej wyszukiwarkami i serwisami społecznościowymi niż prasą inwestującą w Internecie, nie tylko z powodu liczby użytkowników. Wyszukiwarki to potencjalnie kopalnie informacji o naszych potrzebach i zainteresowaniach, w serwisach społecznościowych dobrowolnie ujawniamy osobiste dane, a wielu z nas poglądy i gusty wręcz manifestuje. To pozwala rozwijać reklamę kierowaną do określonych grup docelowych. Eric Schmidt, prezes Google, polemizując niedawno na łamach Wall Street Journal z Murdochem zapowiadającym wycofanie swoich gazet z serwisu Google News kusi tą wizją reklamy. Wyjaśnia, że odpłatność za niektóre treści to dodatkowa wartość, bo pokaże reklamodawcom, jakie informacje są na tyle ważne, byśmy byli gotowi za nie zapłacić. Systemy rozpoznające nasze preferencje mogą wprawdzie pracować automatycznie, bez gromadzenia danych osobowych, w oparciu o zagregowane dane statystyczne, ale i tak sporo tu będzie roboty dla specjalistów od ochrony prywatności.

Gazety testują najróżniejsze strategie obecności w Internecie, niektóre z nich, tak jak Gazeta Wyborcza, mają osobne portale, co może ułatwia rozliczanie wpływów z reklam i kierowanie informacji do inaczej zdefiniowanych odbiorców, ale chyba ich też dezorientuje. Od eksperymentów nie stroni również Computerworld, który zmieniał podejście do relacji między wydaniem papierowym a internetowym ostatnio kilka razy.