Miligates

Wolę czytać opowieści o ludziach bogatych niż o biedakach. Ci pierwsi mają na ogół ciekawsze życie, ponieważ mogą robić to wszystko, o czym marzę, gdybym pewnego dnia wygrał główny los na loterii. Ich bogactwo często nie jest efektem zwykłego przypadku, lecz nagrodą za pracowitość, pomysłowość czy przebiegłość, historie ich życia zaś zawierają, przynajmniej dla optymistów, pewne elementy dydaktyczne (a nuż się człowiek czegoś od nich nauczy).

Wolę czytać opowieści o ludziach bogatych niż o biedakach. Ci pierwsi mają na ogół ciekawsze życie, ponieważ mogą robić to wszystko, o czym marzę, gdybym pewnego dnia wygrał główny los na loterii. Ich bogactwo często nie jest efektem zwykłego przypadku, lecz nagrodą za pracowitość, pomysłowość czy przebiegłość, historie ich życia zaś zawierają, przynajmniej dla optymistów, pewne elementy dydaktyczne (a nuż się człowiek czegoś od nich nauczy).

Pesymistyczna i zawistna część mojej natury znajduje pewną satysfakcję w fakcie, że i życie bogacza może być nieszczęśliwe. Najważniejszą jednak chyba przyczyną, iż "podglądanie" bogatych jest zajęciem bardziej interesującym niż obserwowanie biedaków, jest ta, że ośmieleni swym bogactwem zachowują się oni bardziej spontanicznie, dając upust swym zachciankom i apetytom, które my, ludzie skromnych środków, staramy się ograniczać. Śledząc bogaczy, można więc więcej dowiedzieć się o tajemnicach ludzkiej natury.

Jeden rzut oka na listę najbogatszych Amerykanów wystarczy, by zrozumieć, skąd bierze się rosnące literackie i dziennikarskie zainteresowanie branżą teleinformatyczną. Tam właśnie rodzą się nowe fortuny, których nieoficjalną jednostką miary stał się dziś miligates - jedna tysięczna wartości szefa Microsoft Billa Gatesa, który na liście tej zajmuje, dość samotną, pierwszą pozycję. Samotną, bo drugi na liście, jego partner Paul Allen, z "zaledwie" 40 miliardami nagromadzonego majątku wart jest o ponad połowę mniej od Billa. Jak łatwo obliczyć, jeden miligates liczy sobie 85 milionów.

Literatura faktu

Przeglądając tegoroczną produkcję literacką, której tematem bądź środowiskiem, w jakim rozgrywa się opisywana akcja, jest świat nowoczesnej technologii, nie można oprzeć się wrażeniu, że ten genre pisarski osiągnął w Ameryce poziom artystycznej dojrzałości. Tradycyjna przepaść rozdzielająca "Dwie Kultury" - w tym przypadku umiejętności literackie i zrozumienie niuansów nowoczesnej techniki - wydaje się jakby zwężać i niektórzy pisarze sprawiają wrażenie zdolnych do swobodnego przekraczania przerzuconego między nimi mostu. Pod względem wartości literackich dwie nowe pozycje wydają się zbierać najlepsze recenzje: Cryptonomicon Neala Stephensona i Nudysta na Późnej Zmianie (The Nudist on a Late Shift) Po Bronsona. Stephenson jest też autorem Snow Crash, książki, która w 1992 r. była sensacją w gatunku science fiction, Bronson zaś ma w swym dorobku powieści Bomabardierowie i Pierwsze 20 Milionów jest Zawsze Najtrudniejsze - tym samym udowodnili, że potrafią pisać o technologii z wielką znajomością przedmiotu i w taki sposób, że splata się integralnie z fabularnym wątkiem opowieści. O obu kiedyś chętnie napiszę, choć Cryptonomicon ma 918 stron i doczytanie jej do końca chwilę potrwa.

Tymczasem jednak poświęcę nieco więcej uwagi innej książce, o skromniejszych może ambicjach literackich, ale wartościowej z dokumentalnego punktu widzenia. Jest to dzieło korespondenta Newsweeka Davida Kaplana zatytułowane Krzemowi Chłopcy i Ich Dolina Marzeń (The Silicon Boys and Their Valley of Dreams).

Zainteresowanie Kaplana Rewolucją Informacyjną, a w szczególności unikalną rolą, jaką w jej urzeczywistnieniu spełnia kalifornijska "Dolina Krzemowa", jest stosunkowo świeżej daty. Spędził on rok akademicki 1994-95 na Uniwersytecie Stanforda, uczestnicząc w programie umożliwiającym dziennikarzom roczny "urlop badawczy" i tak wciągnął się w temat, że powrócił w rejon Palo Alto na jeszcze jeden rok w roku 1998.

Książka, która była efektem jego dziennikarskiej fascynacji, jest przedsięwzięciem bardzo ambitnym. To próba syntezy wielowątkowej historii Doliny Krzemowej, sięgającej zamierzchłych czasów Lee de Foresta, który tu właśnie, w Palo Alto, skonstruował w 1911 r. pierwszą próżniową triodę, aż do narodzin Netscape'a i Yahoo! i nie zakończonego jeszcze, w chwili gdy piszę te słowa, procesu układu sił w "cyberprzestrzeni". Kaplan stara się nie tylko zachować równowagę, dzieląc możliwie sprawiedliwie swą uwagę pomiędzy różne technologiczne i biznesowe przedsięwzięcia, które znaczyły kolejne etapy rozwoju techniki. Jego zamierzeniem było też napisanie historii, w której opis technologicznego postępu splatałby się nierozłącznie z ludzkim aspektem tego procesu. Wbrew niektórym krytykom, którzy zarzucają Kaplanowi kompromis kosztem opisu techniki, wolę jej "ludzką stronę".

Dlaczego tam?

Rola, jaką pełni dziś Dolina Krzemowa jako miejsce, gdzie dobre pomysły cudownie zamieniają się w złoto, ma tak wielką symboliczną nośność, że nieuchronnie narzuca się pytanie "dlaczego właśnie tam?" Choć Kaplan nie odpowiada na nie wprost, jego książka zawiera dostateczną liczbę szczegółów, by na jej podstawie podjąć wstępną próbę wyjaśnienia tego przedziwnego fenomenu. Oczywiście, każde wyjaśnienie jest wysoko spekulatywne i zawsze pozostawić w nim trzeba sporo miejsca dla przypadku lub tajemniczych zbiegów okoliczności. W przypadku Doliny Krzemowej istotne jest przypomnienie, że ma ona swoją technologiczną "prehistorię", do której należy nie tylko wspomniany wcześniej de Forest, lecz także David Packard i jego partner Bill Hewlett, którzy swą firmę elektroniczną założyli w 1939 r. Rejon Palo Alto był też "terenem działań" braci Russella i Sigurda Varianów, wynalazców klistronu. Nieco dalej na południe, w Fullerton, ulokował swą kompanię produkującą nowoczesny sprzęt pomiarowy Arnold Beckman.


TOP 200