Krępująca jawność Wikileaks

Pobudzona powszechną dostępnością Internetu społeczna kampania, mająca zwiększać jawność życia publicznego, przeszła w nową, ostrą fazę. Skutki publikacji setek tysięcy poufnych dokumentów przechwyconych z systemu łączności amerykańskich służb dyplomatycznych nie są jeszcze znane, ponieważ Wikileaks dawkuje je stopniowo.

Oficjalną misją Wikileaks jest ujawnienie przypadków nieetycznych intencji polityków na najwyższych szczeblach władzy, machinacji korporacji rozgrywających globalną gospodarkę, nieczystych związków rządów państw uważających się za trwale demokratyczne z represyjnymi reżimami Afryki, Azji, Bliskiego Wschodu, Ameryki Południowej. Trudno nie zauważyć, że teraz może chodzić nie tylko o jawność i prawdę, dzięki którym serwis Wikileaks uzyskuje od 3 lat poklask wielu organizacji pozarządowych i materialne wsparcie protagonistów wolności Internetu.

Publikowane dokumenty dotyczą sekretów amerykańskiej polityki międzynarodowej, której niechętni są przecież nie tylko brodaci alterglobaliści, ale konkretne państwa, wpływowi politycy i gospodarcze grupy interesów. Ten uczynił, komu przynosi to korzyść - Is fecit, cui prodest - poucza stara jak nasza cywilizacja łacińska sentencja. Julianowi Assange niełatwo będzie dowieść bezstronności, skoro pojawiają się państwa oferujące mu azyl. Jego medialny wizerunek świadczy o ekscentrycznej osobowości, ale wizja życia romantycznego zbiega, który wciąż musi mylić tropy, nie ma wielkiego sensu i wygląda jak jakaś wirtualna kreacja. Aby się ukrywać, ale nie rezygnować z Internetu, będącego treścią jego działań, trzeba użyć tych samych technicznych narzędzi, z którymi ideologicznie walczy, przełamując bariery dostępu do rządowych informacji. Chce zabezpieczyć prywatność własną i swoich źródeł, ale kwestionuje potrzebę poufności działań dyplomatów.

Zajścia medialne

Technologie informacyjne zmieniają wszystko. Zmienią też państwo, administrację, samorządność, ale użyte dla politycznej prowokacji, nie muszą sprawić, że świat będzie lepszy. Czy kibicujący działaniom Juliana Assange chcą nam powiedzieć, że już czas, aby tradycyjne instytucje państwa kompletnie rozmontować i zacząć wszystko od nowa? To ryzykowne, by użyć Internetu jako narzędzia rewolucjonistów. Wielkie pytanie o odnowioną przyszłość państwa bez miejsc rezerwowanych dla politycznych elit i bez tajemnic przywodzi na myśl skojarzenie z anarchistami z początku XX wieku, którzy posłali Gawriło Principa na most nad rzeką Miliacka w Sarajewie, aby - jak się później okazało - oddał pierwszy strzał wielkiej wojny.

Autorzy serialu przecieków w Wikileaks opracowali marketingowy plan wykorzystania informacyjnej siły rażenia mediów dla wzmocnienia zasięgu i siły przekazu, dając tym mediom czas, aby mogły każdą informację atrakcyjnie przetworzyć. Świadczy to też o aroganckiej pewności, że zastosowana metoda przetrwa działania defensywne zmobilizowanych podobno jak na wojnę amerykańskich służb. Już się stało - nie zdołacie togo zablokować, zdławić, zastraszyć lub zagłuszyć.

Dzięki Internetowi media zmieniły się od czasów Boba Woodwarda i Carla Bernsteina, autorów publikacji o aferze Watergate w Washington Post, co doprowadziło prezydenta Richarda Nixona do rezygnacji i mocno przemeblowało świadomość społeczną Amerykanów, zmniejszając zaufanie do elit politycznych. W epoce cyfrowej media działają pod presją czasu, chwytają natychmiast prawie każdą informację, nie zawsze ją analizując, zdają się na przygodnych ekspertów.


TOP 200