Fucha na 8 godzin

Szefowie działów informatyki zmuszeni są do przymykania oczu na realizowanie przez podwładnych dodatkowych zleceń. W wielu przypadkach praktycznie nie mają innego wyjścia. Jedyną alternatywą jest utrata cenionego fachowca.

Szefowie działów informatyki zmuszeni są do przymykania oczu na realizowanie przez podwładnych dodatkowych zleceń. W wielu przypadkach praktycznie nie mają innego wyjścia. Jedyną alternatywą jest utrata cenionego fachowca.

Dorabianie do pensji to temat drażliwy, o którym nikt nie chce mówić wprost. "Nie, nie, u mnie ten problem nie występuje" - zapewnia na wstępie rozmowy naczelnik wydziału informatyki w jednym z urzędów miasta. Po chwili przyznaje jednak, że problem jest mu dobrze znany, choć jak sam mówi "niebezpośrednio". Zasadniczo nie widzi w dorabianiu nic złego, oczywiście, pod warunkiem że dodatkowych zleceń nie realizuje się w godzinach pracy. Co jednak zrobić, gdy ktoś złamie te zasady? "U nas wystarczyła rozmowa. Powiedziałem mojemu koledze wprost, że musi zdecydować, gdzie chce pracować. I to poskutkowało" - przyznaje lekko speszony. Trudno w pełni ocenić, na jaką skalę występuje zjawisko dorabiania do pensji, można jednak przyjąć, że jest ono dość powszechne. Dorabiają praktycznie wszyscy - informatycy zatrudnieni w wojsku i pracownicy urzędów, doktoranci, dla których jest to jedyny sposób na zwiększenie dochodów, i informatycy zatrudnieni w dużych zachodnich firmach. Większość z nich zadowala się niewielkim kwotami rzędu 200-500 zł miesięcznie, jednak rekordziści potrafią zdobyć w ten sposób nawet 1, 2 dodatkowe pensje miesięcznie.

Fucha w mundurze

Za szczególnie podatnych na tego typu pokusy uchodzą informatycy zatrudnieni w instytutach i jednostkach wojskowych. Potwierdza to jeden ze specjalistów, który kilka miesięcy temu opuścił szeregi armii. Jego zdaniem z realizacji dodatkowych zleceń utrzymuje się niemal 80% specjalistów zatrudnionych w instytucjach wojskowych. "Na pytanie: Gdzie pracujesz? informatyk wojskowy nigdy nie mówi o swoim przydziale. Mówi o tym, co ma na boku" - wspomina. - "W miejscu, gdzie pracowałem, dorabiali chyba wszyscy, nie jestem pewien tylko przełożonych. Reszta miała pozakładane małe spółki i realizowała różne projekty na rzecz firm, od małych po największe. Sporo zleceń trafia przez kontakty z byłymi wojskowymi".

Byłoby to niemożliwe bez cichej zgody przełożonych, którzy zazwyczaj także są pochłonięci wykonywaniem różnych zleceń. Właściwie do wyjątków należą ci, którzy nie zgadzają się na ten proceder. "Jeden z kolegów miał kiedyś nawet obniżoną notę w opinii rocznej, bo przełożeni zarzucali mu, że w czasie pracy próbował robić coś dodatkowego. Innemu powiedziano jednak wprost: nikogo nie interesuje, nad czym siedzisz w tej chwili, musisz tylko wyrabiać się z bieżącymi zadaniami" - mówi jeden z mundurowych informatyków. Zresztą wielu oficerów do realizowanych przez siebie prac nie związanych z miejscem zatrudnienia angażuje... podwładnych. Możliwość szybkiego skompletowania doświadczonego zespołu jest tu atutem, dzięki któremu udaje im się zdobyć wiele zleceń. Więzi w ten sposób nawiązane często są wykorzystywane nawet po odejściu z wojska. Eks-oficerowie zakładają firmy, które większość zleceń realizują właśnie przy pomocy informatyków w mundurach.

Tolerancja wysoce wskazana

Podobnie sytuacja przedstawia się w administracji publicznej. Zarówno informatycy, jak i ich szefowie zgodnie twierdzą, że dorabianie to konieczność. "Dorabianie nie dotyczy wyłącznie informatyków. Dobrym przykładem mogą być lekarze, którzy pracują jednocześnie w kilku przychodniach - państwowej i prywatnych" - usprawiedliwia się informatyk zatrudniony w urzędzie miejskim na południu Polski. "Sam dorabiam, wobec tego nie mogę tego zabronić moim pracownikom" - mówi wprost szef działu informatyki w urzędzie miejskim, gdzie na 6 informatyków zatrudnionych w urzędzie dorabia 5. Myli się ten, kto przypuszcza, że problem ten dotyczy jedynie prowincjonalnych urzędów. W administracji dorabiają praktycznie wszyscy - nawet pracownicy urzędów centralnych. "Za moich czasów w ministerstwie dorabiała prawie połowa pracowników. Niektórzy robili to dyskretnie, po godzinach, inni w trakcie dnia. Najlepsi uzyskiwali w ten sposób nawet równowartość 2, 3 pensji. Właśnie stąd wzięły się plotki o dużych zarobkach w departamencie informatyki. Gdy inni urzędnicy jeździli maluchami i polonezami, moi koledzy kupowali sobie hondy" - opowiada menedżer przez kilka lat zatrudniony w jednym z ministerstw.


TOP 200