Czekając na trudniejsze czasy

W chwili prawdy widać, jak niektóre przedsiębiorstwa radzą sobie całkiem dobrze. Słabości innych zostały bezlitośnie obnażone przez giełdę i sprawozdania finansowe. Miejmy nadzieję, że takie zejście na ziemię skończy czas lekkomyślnego traktowania kapitału inwestorów przez firmy i niestety przez nich samych.

W chwili prawdy widać, jak niektóre przedsiębiorstwa radzą sobie całkiem dobrze. Słabości innych zostały bezlitośnie obnażone przez giełdę i sprawozdania finansowe. Miejmy nadzieję, że takie zejście na ziemię skończy czas lekkomyślnego traktowania kapitału inwestorów przez firmy i niestety przez nich samych.

Nie ulega wątpliwości, że w gospo-darce mamy czasy burzliwe. Co więcej, wiele wskazuje, że jest to tendencja trwała w najbliższym czasie. Z kolei dane o gospodarce przedstawiane przez GUS pozwalają patrzeć na nią jako na przeżywającą problemy wzrostu. Produkcja rośnie, PKB także. Handel zagraniczny wykazuje nasze włączenie w międzynarodową wymianę handlową i duży eksport na wymagające rynki krajów rozwiniętych. Z drugiej strony, mamy wysoki poziom inwestycji w majątek trwały, szybki wzrost wynagrodzeń i zatrudnienia.

Czynniki ryzyka

W obszarach wysokiej technologii i innowacyjności nasza gospodarka jest zacofana, ale podjęła wysiłek intensywnego odrabiania strat. To akurat może potrwać kilkanaście lat, ze względu na olbrzymi dystans do pokonania i nakłady, które w tym obszarze trzeba zwielokrotnić. Rodzi się także pytanie, jak wielka jest zasługa w tym odrabianiu dystansu firm międzynarodowych, które weszły do Polski, a jak wiele robi kapitał rodzimy. Wiele wskazuje, że polskie firmy poprawiają swoje działania niezwykle wolno, a istotny postęp gospodarczy Polska osiąga dzięki know-how i sprawności korporacji międzynarodowych.

Szanse z drugiej strony napotykają czynniki ryzyka, co najmniej równie znaczące. Kursy walut, za którymi można było chować nieefektywność, ulegają urealnieniu. Rosną ceny energii i jej nośników, powróciła wysoka inflacja. Kryzys rynków finansowych zakończy erę taniego i łatwego pieniądza. Firmy "dokonały odkrycia" braku pracowników niewykwalifikowanych, chętnych do pracy za półdarmo. Przed nimi jeszcze epokowe odkrycie, że potrzeba pracowników wysoko wykwalifikowanych. Nie tylko mających papierek (z tzw. prywatnego dokształtu), ale również wiedzę, doświadczenie, umiejętności oraz formację etyczną.

Nasila się konkurencja, zarówno z rynków UE, jak i z rynku lokalnego. Przykładowo, jeden z liderów światowego rynku spożywczego zainwestuje w Polsce kwotę porównywalną z majątkiem wszystkich czołowych polskich graczy w tej branży. Z pewnością zmieni to strategicznie sytuację w branży, ale liczby dostarczane w sprawozdaniach przez polskich liderów nie wskazują, aby byli do tego przygotowani.

Prawdziwa wartość produktywności

Zagadnienia te można by podsumować w dwu pokrewnych pojęciach: produktywność i wartość. Produktywność dotyczy rezultatów procesów na jednostkę nakładów wejściowych. Wartość firmy opiera się z kolei na długookresowej maksymalizacji generowania wolnych przepływów pieniężnych przy minimalnych nakładach inwestycyjnych. Widzimy zatem, że jeżeli właściciel chce, aby jego pieniądze odpowiednio do ryzyka pomnażały się, jego firma musi być wysoko produktywna. Przełożenie tej woli właściciela na realia wymaga jednakże przezwyciężenia przeciwnego myślenia, często uważanego za zdroworozsądkowe. I to przezwyciężenie powinno nastąpić zarówno na poziomie właściciela, zarządu, jak i dyrekcji firmy.

Obserwacja wskazuje, że często polski właściciel błędnie utożsamia fizyczną wielkość majątku swojej firmy z wartością majątku własnego. W sprawozdaniach często można wykryć nakłady inwestycyjne, które najprawdopodobniej doprowadzą do pogorszenia struktury bilansu firmy. Zarządy wielokrotnie maksymalizują sprzedaż i wynik finansowy kosztem pogrążenia operacyjnych przepływów pieniężnych. Nieraz można zaobserwować sprawozdania finansowe, w których widać, że sprzedaż "jest zrobiona" poprzez wepchnięcie towaru w rynek za cenę pogorszenia operacyjnych przepływów pieniężnych przez wzrost należności czy zapasów!

Dyrektorzy sprzedaży, produkcji i zaopatrzenia maksymalizują rezultaty kosztem wartości firmy, poprzez optymalizację wyłącznie działań na własnym podwórku. I tak, sprzedaż oczekuje 100-proc. dostępności towaru, co prowadzi do wybujałych kosztów produkcji, sprzedaży i logistyki. Co więcej, gospodaruje zasobami rozrzutnie, choćby przez słynne "zajęcie półki" przed konkurencją. Inny przykład to promocje uruchamiane ad hoc, np. dla wyzbycia się zaległego na własne życzenie zapasu. Produkcja stosuje zabezpieczenia na zabezpieczenia, aby zrealizować to żądanie. Są to zwielokrotnienia zapasu bezpieczeństwa, nadmierne zakładki w planowaniu, rozbudowywanie nadmiarowych zdolności produkcyjnych itp. Zaopatrzenie z kolei koncentruje się na cenach, kosztem wszystkich pozostałych kryteriów - jakości, terminowości, elastyczności.

Zmiana, zmiana, zmiana

Czas więc na uporczywe powtarzanie przekazu o potrzebie zmian modelu działania firm. Wyżej opisany sposób ekstensywny sprawdzał się w gospodarce niedoborów, zaraz po wyjściu z socjalizmu realnego, przy niskich cenach pracy i energii oraz na rynkach chronionych przez państwo przed konkurencją. Przedłużanie takich działań w stylu: "Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i - jakoś to będzie!" nie jest dziś możliwe. Polskie firmy nie mogą nadal rozwijać się tak, jak do tej pory. Może i szybko względem gospodarek rozwiniętych, ale za wolno w stosunku do krajów - podobnie jak Polska - rozwijających się. A w tym gronie jesteśmy zaledwie średniakiem.


TOP 200