Bajka o żelaznym wilku

Każde społeczeństwo jest "informacyjne". Bez możliwości jakiegokolwiek (mową, pismem, gestem, tańcem, rysunkiem, śpiewem itd.) przekazu jakiejkolwiek informacji nie byłoby społeczeństwa: żadne ludzkie współdziałanie nie byłoby możliwe. Cóż zatem mają na myśli ci, którzy powiadają, że w najbliższej przyszłości będziemy żyć (lub już żyjemy) w społeczeństwie informacyjnym, jeśli nie jest to banał?

Każde społeczeństwo jest "informacyjne". Bez możliwości jakiegokolwiek (mową, pismem, gestem, tańcem, rysunkiem, śpiewem itd.) przekazu jakiejkolwiek informacji nie byłoby społeczeństwa: żadne ludzkie współdziałanie nie byłoby możliwe. Cóż zatem mają na myśli ci, którzy powiadają, że w najbliższej przyszłości będziemy żyć (lub już żyjemy) w społeczeństwie informacyjnym, jeśli nie jest to banał?

Oto kilkanaście pojęć, jakie weszły w obieg w ostatnim 50-leciu: rewolucja organizacyjna, rewolucja edukacyjna, społeczeństwo postprzemysłowe, rewolucja komputerowa, nowa klasa pracująca, globalna wioska, społeczeństwo usług, społeczeństwo postmodernistyczne, społeczeństwo skomputeryzowane, kultura prefiguratywna, era technotroniczna, wiek informacji, społeczeństwo postradycjonalne, świat bez granic, nowe społeczeństwo usług, wiek środków komunikowania, mediokracja, trzecia rewolucja przemysłowa, demokracja antycypacyjna, republika technologii, społeczeństwo telematyczne, społeczeństwo okablowane, rewolucja środków komunikowania, państwo komputerowe, społeczeństwo sieciowe...

Profesor Tomasz Goban Klass powiada, iż "w tym ogromnym bogactwie (zapewne nadmiarze) terminów kryje się pojęcie zwornikowe, które w istocie zawiera je wszystkie. Jest nim pojęcie społeczeństwa informacyjnego" 1). Wydaje mi się raczej, że każdy z autorów tych pojęć miał co innego na myśli, zaś termin społeczeństwo informacyjne jawi się wszystkimi ich znaczeniami.

Najbardziej skrajne wizje społeczeństwa informacyjnego zdają się zakładać, że niemal we wszystkich stosunkach międzyludzkich (z wyjątkiem chyba prokreacji) pośredniczyć będą media elektroniczne.

Zapowiadają królestwo wolności, w którym przekazywanie i odbieranie informacji zastąpi wszystkie inne czynności - pracę produkcyjną, zakupy, chodzenie do szkoły i na uniwersytet, czytanie książek, życie towarzyskie, rozrywkę, turystykę. Nic, tylko będziemy odbierać i nadawać w Internecie lub w jakiejś jego technicznie udoskonalonej odmianie, bezpośrednio lub zdalnie podłączeni do sieci. Podłączenie to ma być wyzwoleniem z przymusów dotychczasowej gospodarki, kultury i rozrywki. Że jest to utopia, nie trzeba zapewne dowodzić.

W wersji mniej utopijnej przez społeczeństwo informacyjne rozumie się takie, w którym (a) rośnie szybko (nie bardzo wiadomo do jakiej granicy) liczba osób zawodowo zatrudnionych w sferze komunikacji jako dziedzinie usług i b) rozszerza się potencjalny dostęp do odbioru i nadawania wszelkiego rodzaju informacji w sieci. Potencjalny, albowiem uczestnictwo w sieci (tam gdzie ona istnieje) wymaga i pewnego nie dla każdego dostępnego sprzętu, i pewnych, bynajmniej nie wrodzonych, umiejętności. O tak rozumianym społeczeństwie informacyjnym i o związanych z nim nadziejach i obawach traktuje ten artykuł.

Nihil novi sub sole

Nie było w dziejach cywilizacji takiego nowego wynalazku technicznego, który, analogicznie jak dziś Internet, budziłby tyle jednocześnie i wielkich nadziei, i obaw. I słusznie; nie ma i nie było bowiem takiej zmiany technicznej, która nie byłaby aksjologicznie ambiwalentna. Ambiwalencja to nie neutralność, lecz jednoczesne nacechowanie niezgodnymi ze sobą wartościami. Lot samolotem przy wszystkich swych zaletach nie zastąpi uroków podróżowania karetą, które pozwala zachwycać się krajobrazem, oglądanie zaś w telewizji filmów - ani zbiorowego uczestnictwa w projekcji w kinie, ani lektury książki. Wbrew nadziejom technokratów, za każde udoskonalenie techniczne trzeba z reguły płacić w innych wartościach. Brytyjczycy początkowo postrzegali telefon jako wulgarny zamach na prywatność, umożliwiający byle komu wtargnięcie do ich domu o dowolnej porze dnia i nocy, Francuzi natomiast - jako zagrożenie życia towarzyskiego i zapowiedź upadku knajp i kawiarni. Stalin uważał, że ogólnie dostępne telefony stanowią potencjalne zagrożenie dla władzy centralnej.

Nie zdarzyło się jednak dotąd, by rozpowszechniane od dawnych czasów filipiki przeciwko rozwojowi techniki 2) (już pismo miało być zagrożeniem dla ludzkiej pamięci - i nie był to tylko argument analfabetów) wstrzymały krytykowane innowacje. (Ostatnio nawet papież opowiedział się ze względów moralnych za przeszczepianiem organów zmarłych dla ratowania życia innych). Nie znaczy to, że owe filipiki były bezskuteczne. Wyrażając przeważnie tęsknotę za starymi szczęśliwszymi (?) czasami, ostrzegały, przynajmniej niekiedy, przed dającymi się uniknąć, choćby częściowo, zagrożeniami. (Patrz ruchy ekologiczne; mimo iż bynajmniej nie zburzono fabryk chemicznych, w Tamizie pojawiły się na nowo pstrągi.) Faktem wszakże pozostaje, że cywilizacja, która raz wkroczyła na ścieżkę rozwoju technicznego, ma niezwykle małą szansę zejścia z tej ścieżki. W najlepszym razie zdolna jest ograniczać i oswajać jego zagrożenia. Tyle pożytku z filipik. Gdyby ekolodzy przez chwilę pomyśleli o umierających z głodu, byliby może bardziej wstrzemięźliwi w gardłowaniu przeciwko nawożeniu ziemi.

Nie widać powodów, dlaczego z komputerami czy Internetem miałoby być inaczej. Spory o "wartości" i "duchologiczne lamenty" ani nie przyśpieszą, ani nie zahamują rozwoju sieci. Kto ich "nie polubi", ten nie będzie musiał z nich korzystać, tak jak dziś nie musi prowadzić samochodu, korzystać z telefonu, kart płatniczych, telewizora, produktów farmaceutycznych itd. Dotąd połowa ludzi na świecie nigdy nigdzie nie zatelefonowała; choć telefony istnieją ponad sto lat, nie istnieje przymus korzystania z nich. Podobnie jest z radiem, filmem, telewizją. W orwellowskiej wizji społeczeństwa totalitarnego człowiek nie mógł wyłączyć śledzącego go nawet w zaciszu domowym ekranu telewizyjnego. Sam środek techniczny niczego nie wymusza, o przymusie decydują prawo (lub bezprawie) i administracja.


TOP 200