Zbuduj swoją ziemiankę, chłopie

Internet przyniósł prawie nieograniczoną wolność nie w wymianie i korzystaniu z informacji, bo to było i wcześniej, ale pozwolił użytkownikowi przełączać się między różnymi narzędziami, aplikacjami, platformami i usługami.

Feudalny chłop – taki z naszych wyobrażeń, przeplatanych strzępkami lektur szkolnych i obrazów z „Konopielki” – nie miał za wiele dobrych opcji życiowych. Rodził się w biednym przysiółku bez gwarancji dożycia dłużej niż do wieku 6 lat. A jeśli to się udało, to od świtu do nocy wraz z podobnie umęczonymi rodzicami pracował w polu i obejściu, które było lepianką (u bogatszych) lub ziemianką (przeważnie).

Choroby, kiepska higiena, alkohol, machorka – nie pożył nasz chłop ani długo, ani dobrze. Pole obrobić musiał przeważnie dla pana, a spłachetek ziemi dla siebie. Od XIX-wiecznych uwłaszczeń było mu może i trochę lżej, ale i tak cierpiał na tę samą przypadłość co chłop staroegipski, mezopotamski, cesarskorzymski czy średniowieczny – tzw. przywiązanie do ziemi. Nie mógł jej ani opuścić, ani sprzedać, bo co by zrobił ze sobą i z rodziną?

Zobacz również:

A jednak kolejne nasilenia rewolucji przemysłowej wygnały chłopów do miast. Tam z rolników przeistaczali się w robotników, zaciągając do fabryk i fabryczek. Ale i tu model życiowy zakładał długie przywiązanie do jednej fabryki. Nawet jeśli fabrykant bankrutował i wszystko przejmował inny fabrykant, to fabryka zostawała ta sama. Nawet dwie wojny światowe nie zmieniły wiele, bo po każdej z nich już nie chłop, ale robotnik, jeśli przeżył, to wracał i znów pracował w tym samym miejscu.

Druga połowa XX wieku pozornie tylko przyniosła zmiany, bo owszem, migracje się pojawiły, ale jednak wciąż modne było pozostawanie w jednym stosunku zatrudnienia przez długie lata, a zmiana pracy bywała uznawana za uciążliwą. Cnotę wierności czci się zresztą i do dziś, dając długoletnim pracownikom premie i zegarki z grawerem.

Prawdziwy wyłom w tym przywiązaniu i błękitnych, i białych kołnierzyków do jednego pracodawcy przyniósł internet, ale nie ten z lat 90., tylko ten nasz, nowoczesny, tak mniej więcej od 2010 r., kiedy to po najostrzejszym kryzysie finansowym fundusze otrząsnęły się i hojniejszą ręką sypnęły grosza start-upom, z czego powstało wiele aplikacji konkurujących ze sobą, robiących w zasadzie to samo, tylko na różne sposoby, w innym układzie i w zmienionych kolorach.

Otóż ten internet przyniósł prawie nieograniczoną wolność nie w wymianie i korzystaniu z informacji, bo to było i wcześniej, ale w zupełnie innej dziedzinie. Pozwolił użytkownikowi przełączać się między różnymi narzędziami, aplikacjami, platformami i usługami. W tej orgii nadmiarowych rozwiązań spłonęła lojalność klientów, którzy mogą teraz porzucać jedne i wybierać inne bez przykrych konsekwencji: utraty danych, historii albo kontaktów.

„Konkurencja jest o jeden klik” – mawiali guru marketingu i szybko ich maksyma stała się rzeczywistością. A najciekawsze jest to, że ta sytuacja nie będzie trwać wiecznie. Na dłuższą metę żaden dostawca usług nie chce, a czasem i nie może, godzić się na ryzyko dużych odpływów i przypływów klientów. Co więc zrobi? Wszystko, by zatrzymać ich przy sobie. A wszystko oznacza, że za powstrzymanie się od korzystania z konkurencji dostaniesz jakieś korzyści. Im dłużej i głębiej zwiążesz się z jednym dostawcą, tym większe.

Ten proces będzie trwać, aż obudzimy się na powrót w feudalnym świecie, w którym przywiązanie do konkretnych usług czy usługodawców będzie czymś normalnym. Za niewierność stracisz punkty, a może i pieniądze, więc zastanowisz się, zanim zechcesz spojrzeć na ofertę konkurencyjną wobec twojego dostawcy. Jak pańszczyźniany chłop z XVIII wieku, tylko w wersji cyfrowej. Może lepiej nauczyć się budować te ziemianki, żeby później nie spać bez dachu nad głową?