Sprawy do załatwienia

Witryny internetowe powinny odzwierciedlać stan aktualny prowadzonej działalności i stanowić element przyciągający klientów nie tylko graficznie, ale także pod względem jakości treści, nawigacji i bezpieczeństwa. Niestety, nie zawsze tak jest. Niektóre wyglądają tak, jakby biznes zamierał, mimo że ciągle jednak trwa.

Odwiedziłem ostatnio dwie witryny znane mi sprzed lat z lepszej strony. Na jednej z nich widnieje komunikat, że formularz kontaktowy uległ uszkodzeniu i wszelkie sprawy uprasza się kierować drogą mailową. Na drugiej zaś logo na stronie głównej zamiast właściwej grafiki prezentuje tylko zawartość atrybutu alt znacznika img (czyli alternatywny tekst pokazywany zamiast obrazka). Wytłumaczenie może być tu w zasadzie jedno. Oddano kiedyś do użytku witryny w pełni działające, natomiast z biegiem czasu zaszły pewne zmiany na serwerach wymagające interwencji specjalisty zajmującego się tworzeniem stron internetowych. Pewnie z powodu braku środków lub dziwnych oszczędności nie uczyniono tego, pozostawiając taki właśnie stan. Przypomina to nieco szkielety niszczejących od lat budowli, którymi nikt nie chce się zająć.

Okazuje się, że chyba nie tylko beztroska czy mizeria biznesowa powoduje zapuszczenie internetowego krajobrazu. Na przykład prawnicy powinni celować, jeśli chodzi o precyzję i jednoznaczność publikowanych treści. Tymczasem na witrynie e-sądu instrukcja dostępna z menu strony głównej dotycząca wydawania certyfikatów i wymagań dla przeglądarek zawiera sporo błędów literowych i niezręczności językowych. Znajdziemy tam takie skarby, jak: „Witryna do prowadzenia spraw w Elektronicznym Postępowaniu Upominawczym może jest dostępna dla użytkowników, którzy stosują jedną z następujących przeglądarek internetowych…” lub „Sygnałem świadczącym o poprawnym załadowaniu i uruchomieniu pletu podpisującego…” i jeszcze trochę innych literówek.

Zobacz również:

Dokument zawiera treść techniczną, więc zapewne pisał go jakiś informatyk, ale co komu szkodziło, aby zweryfikować go pod kątem poprawności językowej. Wszak to wizytówka instytucji publicznej, a wygląda jak pisana na kolanie. Pośpiech pośpiechem, ale poświęcić pół godziny na skorygowanie treści to chyba nie problem w obliczu potencjalnego przyszłego wstydu. Chyba że wstyd jest obcy takim instytucjom, a przynależny powinien być jedynie szarym obywatelom, których sprawy są tamże rozpatrywane, nawet jeśli omyłkowo. Być może stwierdzono, że skoro instrukcja dotyczy informatyki, to nikt w ten bełkot nie będzie wnikał, bo co to kogo obchodzi. Możliwe też, że uznano, iż w końcu jest to instrukcja „dla komputerowców” i nie może nieść ze sobą skutków prawnych tylko dlatego, że komuś strona się nie załadowała czy formularz nie pojawił w należytej postaci, więc wszystko jedno, co i jak jest tam napisane.