Spodlona cywilizacja

Nieoczekiwanie jednym z głównych tematów tegorocznej konwencji Stowarzyszenia Studiów Międzynarodowych stało się bezpieczeństwo.

Nieoczekiwanie jednym z głównych tematów tegorocznej konwencji Stowarzyszenia Studiów Międzynarodowych stało się bezpieczeństwo.

NOWY ORLEAN

Jechałem do Luizjany z nadzieją, że dowiem się czegoś nowego o Ameryce i świecie po ataku terrorystycznym. Stowarzyszenie jest wielką machiną, konwencje gromadzą bowiem półtora tysiąca uczestników z blisko 80 krajów. Na spotkaniu miano dyskutować o relacjach między stosunkami międzynarodowymi a systemami politycznymi. Zdecydowanie jednak dyskusję zdominował problem, jaki świat się nam wyłania po atakach terrorystycznych na Nowy Jork i Waszyngton. Nie były to już reakcje na gorąco, a spokojna zaduma.

Mówiono, oczywiście, wiele o globalizacji, antyglobalizacji i społeczeństwie sieciowym. Bez tego nie obejdzie się dziś żadne spotkanie politologów czy socjologów, interesujących się ponadpaństwowym i ponadnarodowym wymiarem naszego życia.

Raczej bezpieczeństwo niż wolność

Na własny użytek sporządziłem analizę frekwencyjną pojęć kluczowych, zawartych w tytułach kilkuset referatów. Na pierwszym miejscu nie znalazły się ani globalizacja, ani Internet, ale bezpieczeństwo, ze wszystkimi możliwymi przymiotnikami: militarne, energetyczne, żywnościowe, ekologiczne, kulturowe, informatyczne itd. Bezpieczeństwo staje się korelatem każdej sfery życia międzynarodowego i wewnętrznego, nie tylko w złowrogim kontekście terroryzmu, ale także globalizacji i Internetu. Ciekawe, że George W. Bush jest pierwszym prezydentem amerykańskim, który częściej używa słowa "bezpieczeństwo" niż "wolność".

Powie ktoś, że to tylko słowa. Otóż nie - "granice naszego języka są granicami naszego świata". Mistrz Wittgestein wiedział, co mówi. Od tego, jak opisujemy świat, zależy najpierw, jak go pojmujemy, a zaraz potem, jak się doń adaptujemy i w jakim kierunku chcemy go zmieniać. Po 11 września była to adaptacja reaktywna, która na ogół jest nastawiona na przetrwanie. Tymczasem dzisiejszy świat nas zaskakuje, zmusza do reagowania.

To, że nie wolność, a bezpieczeństwo znalazło się na pierwszym planie, może mieć poważne konsekwencje praktyczne. Zarówno dobre, bo uczula na zagrożenia, każe dmuchać na zimne, jak i złe, bo w imię bezpieczeństwa można ograniczać wolność. To odwieczny dylemat, który zaprzątał uwagę najwybitniejszych umysłów wszystkich epok. Jeśli troski demokratycznego świata kierują się ku bezpieczeństwu, to - jak się niektórzy obawiają - dyktatury mogą spać spokojnie, zwłaszcza te, którym uda się wytworzyć wizerunek wroga terroryzmu.

Niektórzy z uczestników ubolewali, że w latach 90. zostaliśmy "ukąszeni" przez Fukuyamę. Świat demokratyczny był usypiany jak dobosz rytmem własnego bębna. Żyliśmy złudzeniami, że raz rozpędzonej wolności nic nie zatrzyma, że zostaliśmy już na nią zaprogramowani. Utwierdzały nas w tym przekonaniu kolejne fale dynamicznej demokratyzacji, zdetonowanej przez upadek komunizmu.

Może po prostu świat powraca do równowagi. Może tej promocji wolności było za dużo. Potężne media wmawiają nam wolność wyboru, choć tak naprawdę rekomenduje się kilka dobrze opracowanych i skalkulowanych stylów tej wolności, by napędzić konsumpcję. Wystąpienia antyglobalistyczne pod hasłem nie wolności, a godnego życia dla wszystkich mieszkańców planety, ekspansja nowych ruchów religijnych czy parareligijnych, adherenci, którzy godzą się na koncesję ze swego indywidualizmu, liczne wspólnoty ochronne i eskapistyczne - wszystko to pokazuje, że młodym ludziom doskwiera brak bezpieczeństwa, które można znaleźć właśnie we wspólnocie. Doskwiera im nie tyle wolność, ile jej fetyszyzacja.

Spodlona cywilizacja

Zuchwały akt terrorystyczny przepełnił czarę goryczy zrodzonej z rozczarowania tendencjami rozwojowymi cywilizacji, co publicysta Edwin Bendyk określa syndromem "zatrutej studni", a jeden z uczestników konwencji nazwał rotten civilization (zepsuta czy spodlona cywilizacja). Kto mówił o spodlonej cywilizacji w czasach istnienia komunizmu? Jakże pięknie kontrastowała z "imperium zła". A przecież jej ziarna musiały zakiełkować o wiele wcześniej.

Co chwilę ktoś dorzuca coś do spodlonej cywilizacji, może najbardziej skorumpowani politycy we wszystkich kręgach kulturowych. Tracą autorytet nie tylko instytucje państwa, lecz także kościoły. Traci go także nauka, która albo dorzuca trucizny do studni, albo w najlepszym razie nie może sobie poradzić z budzącymi społeczne neurozy plagami, jak choroba szalonych krów czy inne dioksyny. Co i rusz jacyś naukowcy straszą sklonowaniem człowieka bądź wyhodowaniem hybrydy bioelektronicznej, zapowiadając nadejście ery postludzkiej. Bunty antyglobalizacyjne pokazują także wrogość wobec korporacji ponadnarodowych, które obwiniane są za różne popełnione i nie popełnione grzechy. Brakuje wiary w autorytety moralne, według opinio communis niemal każdy autorytet może bowiem zostać kupiony.


TOP 200