IT nudy

W firmach dobrze zarządzanych, które osiągnęły dojrzały poziom stosowania informatyki, zazwyczaj nie ma problemu w zrozumieniu roli, jaką odgrywają dział IT oraz jego pracownicy. Oznacza to, że menedżerowie odpowiedzialni za główny nurt działalności biznesowej nie oganiają się od kierownictwa działów informatycznych jak od natrętnej muchy.

Niestety, często zdarza się, że zarządzający firmą nie chcą wiedzieć i słyszeć o problemach, jakie niesie ze sobą stosowanie narzędzi informatycznych. Uważają, że płacąc specjalistom, kupują własny spokój. Powoduje to ni mniej, ni więcej tylko stworzenie dystansu pomiędzy nimi a menedżerami IT, postrzeganymi jako wnoszących problemy, które trudno zrozumieć, jak również generującymi niebagatelne koszty. Tak więc wzajemne relacje są słabe, a dopiero gdy pojawiają się poważne problemy, następuje wymuszone zaciekawienie tematem, ale wtedy jest zazwyczaj za późno i za drogo. Przy takim mentalnym ulokowaniu „uczuć” informatycy czują się odsunięci i boją się ciągłych pretensji, które wszyscy po kolei do nich mają. Mówi się, że wina leży głównie po stronie kierownictwa IT, które nie potrafi wkraść się w łaski dyrekcji zakładu. Nie do końca jest to prawda. Często menedżerowie biznesu po prostu nie chcą rozmawiać i słyszeć o informatyce, bo ich to nuży, nie rozumieją tego i zwyczajnie nie mają na to ochoty.

Oto jeden z wielu przykładów, jakie udało mi się zaobserwować. W pewnej instytucji wtłoczono w umysły kadry zarządzającej hasło „bezpieczeństwo”. Aby owo bezpieczeństwo zrealizować, informatycy postanowili w sposób jak najbardziej namacalny uzmysłowić kierownictwu, na czym ono polega. Otóż hasło administracyjne do jednego z głównych serwerów produkcyjnych powierzono w ręce ciała zbiorowego, czyli czterem osobom z zarządu. Każda z nich znała tylko dwa lub trzy znaki hasła, które sama wprowadziła. Oznacza to, że nikt nie znał hasła w całości. Tak więc zalogowanie się na konto administratora wymagało zebrania tych osób w jednym miejscu i każda z nich w określonej kolejności musiała wklepać znane sobie tajne znaki. Można powiedzieć, że zabezpieczenie godne głowicy jądrowej. Wszystko działało doskonale do momentu potrzeby skorzystania z tego rozwiązania. Okazało się, że jeden z „władców” jest na wyjeździe, natomiast drugiemu teraz nie wolno przeszkadzać. A w serwer trzeba było zaingerować, bo nie działał. Co zrobili informatycy? Chyba nie to, co powinni. Włamali się na serwer. Powodował tym strach. Nie dali dyrekcji jedynej szansy odczucia wagi decyzji, którą kiedyś wspólnie podjęto, i poznania na własnej skórze roli, jakiej w tym przypadku się podjęli.

Zobacz również:

Jedyną korzyścią dla działu IT było to, że nikt nie miał do nich pretensji. Wszystko działało, a co najważniejsze, decydenci nie byli nękani nielubianymi incydentami komputerowymi. I znowu niczego się nie nauczyli w tym względzie.