Wybór należy do ciebie

Z Markiem Nahotko, z Instytutu Informacji Naukowej i Bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, rozmawia Andrzej Gontarz.

Z Markiem Nahotko, z Instytutu Informacji Naukowej i Bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, rozmawia Andrzej Gontarz.

Rozwój Internetu, sieci komputerowych i wielu innych technik informacyjnych sprawia, że coraz większe zasoby informacji są coraz bardziej rozproszone. Jak w takiej sytuacji dotrzeć do danych, których akurat potrzebujemy?

Marek Nahotko

Marek Nahotko

Wcale nie wydaje mi się, żeby zasoby informacyjne były teraz "bardziej rozproszone". One zawsze były rozproszone, tylko nie było to tak odczuwane, ponieważ jednocześnie były trudno dostępne, a często po prostu niedostępne.

Teraz są w zasięgu ręki. Tak więc to nie kwestia samego dotarcia stanowi problem, ale raczej właściwa selekcja.

Pojawia się pytanie, jak z tej wielkiej masy łatwo dostępnej informacji wyłonić tę poszukiwaną. Odpowiedź nie jest prosta, ponieważ taka selekcja jest czynnością intelektualną, a więc słabo poddającą się automatyzacji. Użytkownik w końcu sam musi dokonać wyboru, chociażby miał do dyspozycji nawet najlepsze narzędzia i algorytmy.

W działalności informacyjnej podstawowym problemem jest właściwe wyartykułowanie przez użytkowników potrzeb informacyjnych. Gdy taki ktoś przychodzi do biblioteki czy ośrodka informacji, często nie jest w stanie powiedzieć, czego właściwie szuka. Dopiero pokazanie mu wyników wyszukiwania może pozwolić na wskazanie opisów dokumentów, które najlepiej zaspokajają jego potrzeby. W Internecie to zjawisko też jest zauważane - wyszukiwarki pozwalają na wyszukanie dokumentów "podobnych" do wskazanych. Tak więc ostatecznie nikt nie zastąpi użytkownika w określeniu jego potrzeb i zadowolenia z przekazanych wyników (określenia stopnia tzw. relewancji).

Niezbędne jest natomiast automatyczne dokonanie wstępnej selekcji i utworzenie rankingu wyników wyszukiwania, dzięki czemu wystarczy przejrzeć np. tylko kilkadziesiąt wyszukanych dokumentów, aby trafić na właściwe. Z mojego doświadczenia wynika, że wyszukiwarki spełniają to zadanie wystarczająco efektywnie, chociaż dla upewnienia się odnośnie do kompletności wyników często niezbędne jest posługiwanie się niezależnie kilkoma wyszukiwarkami. Dobrze jest też znać niuanse technik wyszukiwawczych, tj. nie wystarczy wpisać cokolwiek i oczekiwać, że wyszukiwarka, Internet czy algorytm wyszukiwawczy za nas pomyślą. W takim przypadku, zgodnie ze starą zasadą GIGO (garbage in, garbage out - wkładasz śmieci, wyjmujesz śmieci), jako wynik wyszukiwania otrzymamy też cokolwiek.

Wyszukiwarka internetowa to wysoko specjalizowane narzędzie, które tylko z pozoru jest tak "idiotoodporne", jak próbują to przedstawiać sami ich twórcy, robiąc wszystko, aby tylko upewnić użytkowników, że są to zabawki dla przedszkolaków. W rzeczywistości nie jest to takie proste. Łatwo jest znaleźć cokolwiek, jednak aby wyszukiwać efektywnie, niezbędna jest pewna wiedza, np. z zakresu logiki.

Na tym tle interesująco przedstawia się perspektywa rozwoju zawodu bibliotekarza, który teraz ma być raczej "brokerem informacji". Niedoświadczony użytkownik - czyli typowy użytkownik - po zniechęcających próbach z wyszukiwarką stwierdza, że "takiego czegoś nie ma w Internecie". Dobrze zresztą, jeżeli nie stwierdzi, że takiego czegoś nie ma w ogóle, skoro nie ma w Internecie. Jeżeli przekona się, że jednak można uzyskać dobre rezultaty, potrafiąc właściwie zadać pytanie, to może zwróci się do specjalisty. Taki specjalista powinien wiedzieć nie tylko "jak", ale również "gdzie szukać", a więc powinien znać miejsca, w których znajdują się poszukiwane informacje (w szczególności, gdy chodzi o informację specjalistyczną). Mam tu na myśli np. portale dziedzinowe i tym podobne miejsca będące "bibliotekami internetowymi".

Czy uda się zapanować nad internetowymi zasobami wiedzy poprzez wprowadzenie porządku na wzór katalogów bibliotecznych, czy też raczej trzeba szukać innych metod lub sposobów docierania do informacji w sieci, np. przez wykorzystanie narzędzi informatycznych do automatycznego tworzenia zestawień ad hoc na podstawie danych zebranych z sieci?

Katalogowanie Internetu stwarza o wiele więcej problemów niż w przypadku zbiorów tradycyjnej biblioteki. Ta ostatnia jest o wiele bardziej statyczna. Dokumenty nie zmieniają się (ani co do swojej treści, ani co do formy) podczas katalogowania ani potem (co najwyżej tracą część swojej zawartości w wyniku działań niesfornych czytelników albo giną). Bibliotekarze mieli wpływ na to, co do biblioteki trafiało. Mogli więc pominąć dokumenty, z którymi były kłopoty (tak było m.in. z tzw. szarą literaturą).

Bibliotekarze nie byli zmuszeni do przyjmowania do zbiorów wszystkiego, łącznie z dziecięcymi bazgrołami.

W Internecie dokumenty są zmienne, pojawiają się i znikają, ich jakość jest bardzo różna, od najwyższej do żadnej. Tworzenie narzędzi na wzór katalogów bibliotecznych dla całości zasobów Internetu nie jest potrzebne. Warto katalogować tylko te zasoby, które są wyselekcjonowane pod względem jakości i będą stale wykorzystywane. To rola portali dziedzinowych.

W jakim stopniu tradycyjne metody wykorzystywane do tej pory przez bibliotekarzy zostaną zastąpione rozwiązaniami leżącymi w obszarze zarządzania wiedzą, w tym wykorzystaniem tzw. inteligentnych agentów? Czy "zarządzanie wiedzą" nie jest tylko nową nazwą dla znanych i stosowanych już od dawna sposobów, uzupełnionych jedynie rozwiązaniami informatycznymi?

Inteligentne agenty to tylko oprogramowanie komputerowe, a więc są one tak inteligentne jak ich algorytmy. Mogą raczej przyczynić się do zwiększenia kompletności wyszukiwania niż jego trafności, a więc zwiększą dodatkowo liczbę dokumentów w wynikach wyszukiwania. Ostatnio słyszy się także o zagrożeniach, jakie niesie stosowanie takiego oprogramowania. Co się np. stanie, jeżeli w sieci spotkają się dwa agenty mające sprzeczne zadania? Czy czekają nas wojny agentów?

"Zarządzanie wiedzą" w sensie obecnie tworzonych systemów oczywiście zawsze w bibliotekach istniało. Bibliotekarze stoją obecnie na stanowisku, że tradycyjne zbiory bibliotek, które nadal mają i będą miały swoje miejsce w "bazach wiedzy", można i należy uzupełniać dostępem do ściśle wyselekcjonowanych zasobów sieciowych. Mają więc funkcjonować biblioteki hybrydowe, stanowiące połączenie zbiorów tradycyjnych i elektronicznych. Na tym wszystkim ma oczywiście działać aparat katalogów, najlepiej centralnych, a więc obejmujących zasoby skatalogowane w wielu bibliotekach. Katalogi te oczywiście też są komputerowe i dostępne w sieci.

Przyszłość takiego modelu zależy od tego, czy i kiedy dokumenty elektroniczne zastąpią tradycyjne. Wymaga to przede wszystkim zmiany mentalności i nawyków czytelniczych użytkowników. Myślę, że na taką zmianę potrzeba pokolenia lub nawet kilku, ale jest ona możliwa. Szczególnie w zakresie komunikacji naukowej, gdzie wyniki prac naukowych są wciąż bezsensownie drukowane (czyli konwertowane z pierwotnej wersji elektronicznej na analogową) zamiast umieszczania ich w archiwach zasobów elektronicznych i udostępniania w sieci.


TOP 200