Polska ma szansę

O tym, czy w Polsce powstanie centrum badawcze Google, zadecyduje przede wszystkim inicjatywa środowisk akademickich - przekonuje jeden z Polaków od lat zatrudnionych w centrali tej firmy.

O tym, czy w Polsce powstanie centrum badawcze Google, zadecyduje przede wszystkim inicjatywa środowisk akademickich - przekonuje jeden z Polaków od lat zatrudnionych w centrali tej firmy.

Nowa hala Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego chyba nigdy wcześniej nie była tak przepełniona entuzjazmem. "Pomożecie?" - zapytał w znanej wszystkim manierze z lat 70.

Polska ma szansę

Marek Jeziorek, kierownik ds. infrastruktury w centrali Google w Mountain View

Marek Jeziorek, jeden z kierowników ds. infrastruktury w centrali Google w Mountain View. "Pomożemy!" - odpowiedzieli chóralnie uczestnicy II Studenckiego Festiwalu Informatycznego, zorganizowanego przez największe krakowskie uczelnie.

"Google nie poszukuje taniej siły roboczej, Google poszukuje dobrej siły roboczej. Bardzo chciałbym, aby moja firma otworzyła dział technologiczny w Polsce, jednak to czy tak się stanie w dużej mierze zależy od was" - mówił Marek Jeziorek, opisując warunki pracy w Google i odsłaniając zasady powstawania nowych ośrodków badawczo-rozwojowych tej najsłynniejszej dziś firmy high-tech na świecie. "Aby do tego doszło, trzeba po pierwsze grupki dobrych ludzi, a po drugie znalezienia osoby, która byłaby znana zarówno w światku akademickim, jak i biznesie, która mogłaby być magnesem i motorem działań oraz miała doświadczenie we wdrażaniu nowych zastosowań w realnym biznesie" - dodaje.

Taki sposób działania to znak rozpoznawczy Google. W ten sposób powstał chiński oddział firmy, na czele którego stanął - podkupiony Microsoftowi - Lee Kai Fu, a z bliższych nam państw także oddział w Londynie. Zdaniem Marka Jeziorka, podobny mechanizm może zadziałać również w Polsce. O warunkach pracy i sposobach działania Google opowiada Marek Jeziorek.

Podczas wystąpienia odniosłem wrażenie, że jest Pan osobiście zaangażowany w ściągnięcie Google do Polski...

Bo tak właśnie jest. Google chce w 2006 r. otworzyć 10 oddziałów badawczych na całym świecie. Nie kieruje się przy tym żadnymi preferencjami - liczy się przede wszystkim inwencja ludzi, pomysł, który ze sobą przynoszą. Firma pokazała to już otwierając niedawno placówkę w Belo Horizonte w Brazylii. Jest to ściśle związane z popularnością naszego serwisu Orkut. Nikt nie wie dlaczego, ale właśnie stamtąd pochodzi ponad 90% jego użytkowników. W ten sposób Google zauważył Brazylię i otworzył tam swoje centrum.

Polska ma dziś podobną szansę. W Google zauważono sukcesy Polaków w konkursach programistycznych, takich jak Top Coder czy ACM. Trzeba ją wykorzystać.

Dlaczego Google tak chętnie otwiera oddziały za granicą?

W USA zaczyna brakować dobrych ludzi. Oczywiście równocześnie mamy tam do czynienia z bezrobociem wśród informatyków, jednak dotyka ono przede wszystkim rzemieślników. Dobrych ludzi z inwencją coraz bardziej brakuje.

Jakich ludzi poszukujecie?

Praktycznie wszystkich. Google rozwija tak wiele różnych projektów, że szukamy specjalistów z wielu dziedzin np. osób, które tak jak ja zajmują się platformą sprzętową. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że Google sam składa swoje serwery. Jeszcze kilka lat temu byliśmy drugim lub trzecim największym producentem sprzętu w USA, tyle że był to sprzęt w całości przeznaczany na nasze potrzeby. Szukamy także specjalistów od optymalizacji sposobów wyszukiwania. Przede wszystkim jednak szukamy ludzi z pomysłami. Na sali padło dziś pytanie, czy aby dostać się do Google, warto wcześniej przejść przez inną firmę zajmującą się wyszukiwaniem treści. Nie sądzę, aby to mogło pomóc - najwyżej skróciłoby czas stażu, który przechodzą nowi pracownicy.

W swojej karierze pracował Pan w wielu firmach, które są prawdziwymi ikonami "nowej gospodarki", takich jak Intel, Apple, Sun Microsystems czy Netscape. Czy Google różni się od tych firm?

To bardzo dynamiczne przedsiębiorstwo. Ci ludzie pracują z pasją. Widać, że oni żyją tym co robią. Chcą zrobić coś nowego, przynieść nową informację ludziom. I nie jest to pasja narzucana z góry. Z tą pasją każdy przychodzi do firmy. Właśnie dlatego rekrutacja do Google jest tak czasochłonna. O każdym kandydacie musi wypowiedzieć się grupa dziewięciu dyrektorów, a ich wybór jest jeszcze dodatkowo zatwierdzany przez założycieli Sergeya Brina i Larry'ego Page'a. To jednak nie tylko pasja. Ważne, żeby człowiek umiał myśleć. Na pewno jest jedna różnica pomiędzy Google i wszystkimi renomowanymi firmami, w których pracowałem do tej pory. Wszyscy w Google dostajemy opcje na akcje. W innych firmach tego nie było.

Jak się pracuje w firmie, w której wśród 6000 pracowników jest pewnie kilkuset milionerów?

Ja sądzę, że jest ich znacznie więcej, ok. 1500. Część z nich na pewno odeszła po wejściu Google na giełdę. Większość jednak pracuje nadal i to bardzo ciężko. Znajoma menedżer ma pewnie 90 mln USD i nadal pracuje od 9 rano do 23. Praca i jej zespół to dla niej życie. W firmie mimo wszystko pracuje się bardzo normalnie. Tego bogactwa praktycznie nie widać, np. po samochodach, którymi przyjeżdżają pracownicy. To zaś było bardzo widoczne np. w Netscape. Mój kolega był jednym z pierwszych pracowników tej firmy i w momencie kiedy ja w 1998 r. zaczynałem pracę, on miał "poważne" rozterki, czy zająć się zawodowo grą w golfa, czy może założyć jakiś kościół (śmiech).

Google rozwija się w imponującym tempie. Czy firma zabiega o integrację tej rosnącej rzeszy pracowników?

Nie, nie widzę specjalnych metod. Firma funduje wszystkim posiłki, ale to dziś standard dla firm technologicznych. Nawet sposób organizacji posiłków czemuś służy. Mamy darmowe śniadania, obiady i kolacje. Śniadania są serwowane o godzinie 8 rano, co zachęca ludzi do wczesnego przyjazdu do pracy. Kolacje z kolei podawane są od 18, co znów zachęca, aby dłużej zostać. Obiady to zupełnie inna sprawa. Odkąd Sergey i Larry zatrudnili kucharza, który gotował dla Grateful Dead (znanej amerykańskiej grupy rockowej, słynącej m.in. z długotrwałych tras koncertowych - przyp. red.), na obiady u nas trzeba się wcześniej zapisywać. Stały się one słynne w całej Krzemowej Dolinie. Zresztą w Google jest zatrudnionych chyba ze 30 dobrych kucharzy, którzy prowadzą 8 wewnętrznych restauracji.


TOP 200