Innowacje potrzebują produktu

50 powojennych lat braku wszystkiego nauczyło nas niezwykłej pomysłowości. Ten rodzaj innowacyjności w połączeniu z dzisiejszym stopniem rozwoju naszej gospodarki daje nam potencjał zaspakajania jednej i drugiej strony świata. Być może zwrócenie się do tej części globu, gdzie pożądana jest tania nowoczesność, byłoby szansą, z której mogłaby skorzystać polska branża ICT – stwierdza Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.

Z Minister Przedsiębiorczości i Technologii, Jadwigą Emilewicz rozmawia Tomasz Bitner.

Czy Polska gospodarka jest innowacyjna?

Zależy, jaki punkt odniesienia wybierzemy. W europejskich rankingach jesteśmy umiarkowanie innowacyjni, poniżej średniej. Co roku przesuwamy się o jedno, dwa miejsca do góry, ale ścigamy się z tymi, którzy innowacyjny potencjał budują od XIX wieku, od pierwszej rewolucji przemysłowej; my nie mogliśmy z oczywistych względów wziąć w niej udziału. Druga rewolucja też nas ominęła, podobnie jak i trzecia, bo decyzje podejmowano poza Warszawą.

Odłóżmy jednak na bok rankingi i zobaczmy, jakie zmiany następują wewnątrz polskiego sektora małych i średnich firm, jak zmienili się w ciągu ostatnich pięciu czy siedmiu lat liderzy naszej gospodarki. Ta przemiana jest ogromna. Dla mnie to jest optymistyczny wskaźnik polskiej innowacyjności.

Zobacz również:

Chcemy być innowacyjni, tylko nie chcemy na innowacje wydawać…

W Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju założyliśmy, że w 2023 r. na badania i rozwój spożytkujemy 2,93% PKB. W 2015 r. po raz pierwszy od roku 1989 udało się dobić do poziomu 1%. Musimy wykonać jeszcze trzy takie skoki, żeby osiągnąć cel postawiony w strategii. GUS raportuje, że wydatki przedsiębiorstw na badania i rozwój w latach 2014–2016 wzrosły o połowę. Duch innowacyjności w Polsce istnieje, choć jeszcze nie przekłada się wystarczająco na wzrost PKB. Musimy biec szybciej niż ci, którzy wydają 4 czy 6% PKB na badania i rozwój.

Jak tego dokonać, skoro nie mamy na innowacje takich pieniędzy jak Japonia, Izrael czy Korea, o Chinach i USA nie wspominając?

KUP RAPORT

Raport "Computerworld TOP200" najdogodniej kupić w kiosku IDG

Przejdź do kiosku.

Robimy to na kilka sposobów. Po pierwsze stosujemy selektywne podejście. Odeszliśmy od smarowania kromki cienko masłem równo i wszędzie. Inwestujemy tam, gdzie jest nasz potencjał naukowo-badawczy i przemysł, który potrafi go wykorzystać.

Drugi impuls innowacyjności, który może dać państwo, to odnaleźć się w roli inteligentnego zamawiającego, bo właśnie państwo posiada obecnie największe środki na innowacyjność. Musi zamawiać towary i usługi wyprzedzające rzeczywistość.

Kolejny element to zachęty podatkowe, aby piłkę wybić w pole przedsiębiorców. Dokonaliśmy tego przy pierwszej i drugiej ustawie o innowacyjności, która weszła w życie w styczniu. Wyniki poznamy wiosną przyszłego roku, gdy GUS w swoich badaniach pokaże, jakie efekty przynoszą wydatki na badania i rozwój.

Czy według Pani mamy już dzisiaj rozwiązania, które zachęcałyby firmy do inwestycji w R&D?

Konsultujemy się z przedsiębiorcami. Wiemy, że regulacje pozwalające na odpisywanie 100% kosztów na badania i rozwój od podstawy opodatkowania są na tyle atrakcyjne, że im się chce to robić. Wraz z Ministerstwem Finansów przygotowujemy, wzorując się na rozwiązaniach anglosaskich, propozycję, aby CIT w przypadku dochodów z tytułu komercjalizacji prac B+R nie przekraczał 4%. To naprawdę niska stawka.

Pieniądze to nie jest jedyny problem.

Najsłabiej wychodzi nam współpraca przedsiębiorców między sobą, zwłaszcza firm małych i średnich, które zatrudniają 70% osób i dają 60% wpływu do budżetu. To jest rzeczywisty problem w Polsce. Brakuje nam takich struktur jak Niemczech, zwłaszcza obowiązkowych samorządów gospodarczych, które tam są machiną napędzającą zmiany gospodarcze i technologiczne. Wciąż musimy pracować nad pogłębianiem współpracy między przedsiębiorcami a uczelniami.

To akurat nie zmienia się od lat.

Dlatego w nowej ustawie o szkolnictwie wyższym pojawiły się rozwiązania stymulujące współpracę przedsiębiorstw z uczelniami. Część dotacji dla uczelni z budżetu państwa będzie uzależniona od powiązań sektora nauki z biznesem. Od września działają tak zwane doktoraty wdrożeniowe, czyli forma studiów doktoranckich, pozwalająca pracownikom firm opracowującym nowe rozwiązania robić doktorat, opierając się na wdrożeniu. Zatem nie publikacje, a aplikacje. Widzimy, że zainteresowanie tymi studiami jest bardzo duże.

W unijnej perspektywie finansowej na lata 2014–2020 pieniądze na innowacje pochodzą głównie z dwóch programów operacyjnych: Polska Cyfrowa i Inteligentny Rozwój. Co z tych programów pozostanie trwałego w przyszłej dekadzie? Co się zmieni?

POIR, czyli Program Operacyjny Inteligentny Rozwój, jest największym w całej Unii Europejskiej programem na rzecz badań i rozwoju, tworzenia innowacji. Minęliśmy półmetek tego programu, więc już widać efekty: wzrost wydatków przedsiębiorstw na badania i rozwój. Zakontraktowaliśmy więcej niż połowę środków. Zainteresowanych jest coraz więcej. W niektórych konkursach zgłoszone projekty opiewają na dwa razy wyższą sumę niż pula środków przewidziana na dofinansowanie. Do tej pory zawarliśmy umowy na niemal 20 mld zł. To są środki, które realnie weszły w gospodarkę.

Mamy środki, mamy nawet przełomowe technologie takie jak grafen, tyle że na końcu okazuje się, że nie potrafimy tego przekuć w rynkowy sukces. Dlaczego?

Grafen to epokowa technologia, choć na początku nie było wiadomo, jak i do czego ją wykorzystać. Potem okazało się, że koszt produkcji z grafenu tego, co można zrobić przy wykorzystaniu innych technologii, jest znacznie wyższy. Zabrakło nam produktowego podejścia. Teraz jesteśmy o to doświadczenie mądrzejsi. Patrzymy na wynalazki i innowacje oczami przemysłu.

Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju jako polską szansę wskazuje elektromobilność. Czy to przykład takiego produktowego podejścia?

Tak, elektromobilność wyrasta właśnie z podejścia produktowego. Mamy w Polsce świetny przemysł autobusowy, cztery firmy produkujące autobusy. Jedna z nich sprzedaje swoje produkty na 63 rynkach i właśnie za pojazd elektryczny zdobywa prestiżowy tytuł „Najlepszy autobus roku”. Bylibyśmy ślepi i głusi, gdybyśmy tego nie dostrzegali. To racjonalne, że idziemy w elektromobliność.

Opowiadam taką anegdotę: w styczniu 2016 r., miesiąc po mojej nominacji, spotkaliśmy się o 7.30 w ramach zespołu ds. innowacji. Na stole była właśnie kwestia elektromobilności i urzędnicy przedstawili wyciągniętą z szuflady analizę sprzed dwóch lat, która precyzyjnie opisywała, dlaczego to elektromobilność udać się nam nie może. A my uparliśmy się, wychodząc właśnie od tej perspektywy produktowej czy przemysłowej, o której wspomniałam na początku.

Dzisiaj nikt nie zadaje pytania: czy warto, ale: jak. Opracowaliśmy ustawę, transport oparty na autobusach elektrycznych doskonale się rozwija… Byliśmy prekursorami, UE poszła za nami w tym obszarze. Dlatego też dziś jesteśmy w Battery Alliance, koalicji na rzecz budowy wielkich fabryk akumulatorowych, która ma Europie zapewnić samowystarczalność transportu elektrycznego. Jesteśmy tam obok Niemiec, Francji, Szwecji i Węgier.

Jak Pani ocenia znaczenie firm sektora ICT dla polskiej gospodarki?

Nie lubię wyodrębniania sektora ICT. On rozlewa się na całą gospodarkę. ICT jest w każdej branży: w spożywczej, chemicznej, AGD. I nie mam na myśli tylko tego, że firmy są zinformatyzowane. One same definiują i przy pewnej skali tworzą rozwiązania informatyczne. Banki są tego świetnym przykładem.

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii poprzez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości prowadzi program wsparcia promocji polskich firm informatycznych za granicą. W jakich obszarach widziałaby Pani dla nich szanse na rynkach światowych?

Jeśli popatrzymy na światowy rynek technologii, to z jednej strony mamy Dolinę Krzemową i państwa tak zaawansowane jak Izrael czy Skandynawię, a z drugiej strony Indie, wyjątkowo ciekawy rynek, w którym więcej osób ma dostęp do telefonu komórkowego niż do toalety. W tej części świata innowacyjność polega na zaproponowaniu smartfona za ułamek ceny zachodniej. My jesteśmy gdzieś pomiędzy; na linii Wisły ścierają się płyty tektoniczne technologii. 50 powojennych lat braku wszystkiego nauczyło nas niezwykłej pomysłowości, której symbolem może być pasek klinowy z pończochy. To przekleństwo, ale i szczęście, bo ten rodzaj innowacyjności w połączeniu z dzisiejszym stopniem rozwoju naszej gospodarki daje nam potencjał zaspakajania jednej i drugiej strony świata. Być może zwrócenie się do tej części globu, gdzie pożądana jest tania nowoczesność, byłoby szansą, z której Polska mogłaby skorzystać.