Zagłuszanie

Jest zima 1941/1942. Niemiecka machina wojenna w pełnym Drang nach Osten. Stalingrad i Łuk Kurski jeszcze przed nimi.

W garażach niemieckiej firmy transportowej Fern-Trans przy ulicy Małe Garbary w Poznaniu kilku Polaków, pracujących tam w roli kierowców i ich pomocników, czeka na dyspozycje wyjazdu. Trzy czwarte z nich to osoby ukrywające przed Niemcami swe właściwe zawody, a pośród pomocników jest nawet i ksiądz. Ten ukrywa się niejako podwójnie, bo zadaniem pomocnika jest pomagać kierowcy przy ładunku, a facet ma prawie dwa metry wzrostu i chory kręgosłup, więc do tego zadania marnie się nadaje.

Z głośnika radiowego dobiegają komunikaty o sukcesach na Froncie Wschodnim i tysiącach ton rejestrowych statków zatopionych przez panujące jeszcze nad Atlantykiem U-Booty. Gdy wiadomości dobiegają końca, wyklepujący akurat na kowadle pióra samochodowych resorów kierowca mocniej uderza młotem i w rytm uderzeń rzuca w kierunku kolegów: Ale wojny, psiakrew, nie wygrają!

Radio pełniło wtedy rolę maszynki propagandowej, mającej budować morale Niemców, a Polakom odbierać wszelką nadzieję na zmianę. W domach zresztą z radia mogli wtedy korzystać tylko Niemcy, bo Polak za samo jego posiadanie płacił głową.

Dlaczego? Ano dlatego, że tą drogą mogły przedostać się wiadomości niezbyt dla Niemców korzystne, nadawane w tym właśnie celu, więc też niekoniecznie w pełni prawdziwe. Nadawał je np. Londyn, i to nie tylko do Polski, ale i do innych krajów Europy okupowanych przez Niemców i - co najważniejsze - również do samych Niemiec, gdzie miały podważać wieści o sukcesach i siać zwątpienie. Co oczywiste, Niemcy nie zostawali dłużni i podobne w wymowie audycje kierowali w kierunku Wysp Brytyjskich (z dylematem Irlandii, bo tam wróg Brytyjczyków był swój, i to do tego stopnia, że admirał Doenitz, następca Hitlera, po jego śmierci dostał oficjalną depeszę kondolencyjną od władz Irlandii, a jednocześnie na północy wyspy działały brytyjskie stocznie).

Wracając do radia, obu walczącym stronom nie zostawało nic innego, jak próbować zagłuszać nadajniki wroga i w ten sposób starać się zapewnić, by nasze było górą, niezależnie od tego, co akurat działo się na frontach. Kapryśność rozchodzenia się fal radiowych sprawiała jednak, że skuteczność zagłuszania była różna, a w każdym razie daleka od zadowalającej.

Podobne gry i zabawy uprawiano potem na wielką skalę w okresie zimnej wojny. Radio Wolna Europa miało nadajniki w Portugalii, bo fale stamtąd, po odbiciu od jonosfery, trafiały akurat gdzie trzeba. Dla podobnego efektu zagłuszano je nadajnikami gdzieś zza Uralu.

Gdy zimna wojna się skończyła, nadajniki za Uralem udostępniono, komercyjnie już, do nadawania zwykłych programów i podobno przez czas jakiś korzystał z nich nawet ktoś w Polsce.

Fale radiowe jednak, jak były kapryśne w swym rozchodzeniu się, tak są, chociaż kaprysy te różnią się w zależności od długości fali. Wiedzą coś o tym specjaliści od sieci bezprzewodowych, które często nie docierają do niektórych miejsc i stanowisk w budynkach, a za to doskonale można je odbierać na sąsiednich, odległych nawet ulicach.

Ponieważ fale te niosą ciągi cyfr, łatwym i jako tako skutecznym zabezpieczeniem jest tu szyfrowanie. Istota jednak niosącej te cyfry fali pozostaje analogowa, więc sieć taka nie jest odporna na zagłuszanie wielokroć silniejszym sygnałem z nadajnika w bliskim sąsiedztwie. Można więc w ten prosty sposób sparaliżować pracę całej ważnej instytucji.

Można by sądzić, że dzisiaj, poza armiami, które zapewne nadal mają odpowiednio wyposażone oddziały specjalizujące się w zagłuszaniu wrogiej propagandy (i szerzeniu własnej), zagłuszanie nikogo już nie bawi.

Aż tu nagle okazuje się, że w celu zapewnienia tajności obrad nad wyborem papieża nie wystarczyła przysięga, lecz samochodom dowożącym kardynałów-elektorów miały towarzyszyć samochody-zagłuszarki sygnałów telefonii komórkowej. A samochodów takich nie zbudowano przecież pospiesznie z tej właśnie okazji, tylko były one do wynajęcia. A skoro tak, to znaczy, że bywa, że w jakichś celach z nich się korzysta. Ciekawe, w jakich...