Wigilijna opowieść

W Polsce o tej porze w najlepsze trwają wigilijne kolacje, a tu słońce zachodzi o całą godzinę później, więc idę sobie wzdłuż morskiej plaży, co i raz unikając a to mocniejszej fali, a to psa, który wyszedłszy właśnie z morza, dzierży w pysku wyłowiony tam patyk i radośnie się otrząsa.

Tu, to znaczy o rzut beretem od podmokłych pól i łąk wioski Coltano, gdzie niejaki Guglielmo Marconi w początkach XX wieku stawiał na zlecenia włoskich władz maszty radiostacji, które miały dać łączność z Ameryką Południową i z włoskimi koloniami w Afryce.

Do Marconiego jeszcze wrócimy, a na razie z plaży trafiam na nadmorski bulwar, a na nim do pewnego baru, w którym siedzą już i rozmawiają Uchodźca i Tubylec. Uchodźca pochodzi z Biafry, części Nigerii, która podjęła kiedyś próbę secesji, czego skutkiem była wojna i kilka milionów ofiar. Na co dzień Uchodźca zajmuje się obnośnym handlem plastikowo-tekstylną tandetą, poruszając się latem wzdłuż plaży, a w innych porach roku nadmorskim bulwarem.

Na swej drodze ma właśnie bar, w którym teraz siedzi i gdzie zawsze może liczyć na gościnną, darmową kawę, a w zamian coś ciekawego opowie czy pogada o tym i tamtym tak jak tutaj każdy. Mówi dobrze po angielsku, a przez te kilka już lat pobytu całkiem nieźle też nauczył się włoskiego. Jest oczytany, a o Europie, jej historii i polityce, wie więcej niż niejeden jej mieszkaniec.

Sam bywam tam raz, dwa razy w roku, a przy każdym spotkaniu z nim mam wrażenie, jakbyśmy kontynuowali rozmowę z wczoraj. Dziś tematem są zaczynające się właśnie Święta. On wspomina matkę i siostrę, którym do Nigerii co jakiś czas posyła trochę z tego, co zarobi.

Na to włącza się sceptyczny nieco Tubylec, który, jak większość z nich, nie zna żadnego języka poza swoim. Mówi, że u nich Gwiazdka to bardziej tak jak u Anglosasów, czyli dopiero jutro. I tak w coraz bardziej świątecznym nastroju (wpływ baru!) dochodzimy do chwili, kiedy to pytam ich, czy wiedzą, że w Tę Noc w Polsce zwierzęta potrafią odezwać się ludzkim głosem, Uchodźca na to, jak to on, milczy i uśmiecha się tylko, a Tubylec prosto z mostu: To wy, w tej Polsce, w tę Wigilijną Noc jeszcze coś oprócz wódki bierzecie?

Marconi nieprzypadkowo wybrał Coltano na miejsce instalacji swych anten. Tamtejsza podmokła gleba dawała dobre połączenie z ziemią, ważne przy ówczesnej technice nadawania i odbioru dla (w uproszczeniu) „domknięcia obwodu”. Z kolei otaczające tę miejscowość z trzech stron góry i otwarta ku morzu przestrzeń z czwartej strony tworzyły coś w rodzaju naturalnej czaszy, odbijającej przychodzące fale w kierunku anten. Czas tych prac Marconiego zbiegł się z przyznaniem mu nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, toteż wspomniał on o nich w swym noblowskim wystąpieniu. Mówił w nim m.in. o eksperymentach właśnie w Coltano, z umieszczaniem elementów systemu antenowego na różnych wysokościach, kiedy to kilka metrów różnicy potrafiło kilkudziesięciokrotnie zwiększać zasięg fal.

Zawsze można powiedzieć, że, gdyby nie Marconi, to znalazłby się ktoś inny, kto zrobiłby w końcu coś podobnego. Jak chociażby starszy od niego Rosjanin, Aleksander Popow, którego dokonań w tej samej dziedzinie XIX-wieczna Rosja nie potrafiła ani docenić, ani nadać im światowej skali. Jednak bez osiągnięć Marconiego z pewnością nie bylibyśmy dzisiaj z tymi wszystkimi LTE, Wi-Fi, Bluetooth, NFC i co tam jeszcze w technikach bezprzewodowych mamy, w miejscu, w którym jesteśmy.

Wszystko, co miłe, ma swój kres, więc przyszedł i moment powrotu do naszej radosnej krajowej rzeczywistości, a z nim długie czekanie na przesiadkę w Monachium. W lotniskowej poczekalni czytam rozdawane tu lokalne gazety, a w rzędzie foteli naprzeciwko siedzi miła pani, bardzo zadbana, tak między 50 a 60, która przyleciała tu tym samym samolotem co ja. „Znajomość” ta i wspólny zapewne kierunek dalszej podróży wystarczają, by co jakiś czas wymienić uśmiech porozumienia.

W pewnej chwili dołącza do niej grupka znajomych. Po nader głośnym przywitaniu rozmawiają tak, że nie sposób tego nie słyszeć. Okazuje się, że owa miła pani to Polka, która od lat mieszka we Włoszech i jest tam kimś ważnym (profesor, lekarz, prawnik?). W pewnej chwili ich rozmowa schodzi na sprawę masowo przypływających do Włoch uchodźców. Miła pani gubi nagle obecny cały czas uśmiech i tonem absolutnej racji wygłasza swój pełen łaskawego miłosierdzia pogląd: Topić szarańczę w morzu, zanim do nas przypłynie!


TOP 200