Wieści z terenu

Kalkulacja

Kalkulacja

Lokalny Informatyk nie znosi, oj, nie znosi wprost, systemów księgowych. Nigdy w życiu nie chciałby tworzyć takiego oprogramowania i, szczęśliwie, do tej pory mu się upiekło. Chociaż jest to zajęcie popłatne, bo rozliczenia w firmie są rzeczą najwyższej wagi, on woli pracować nad czymś mniej typowym, ale ciekawszym. Oprogramowanie dla księgowości jest nudne jak wszyscy diabli. Konto Winien i konto Ma, analizy, konta syntetyczne - nigdy w życiu by tego nie strawił. I tak już ma problemy ze swoimi stanami kont prywatnych. Okazuje się, że jest dużo winien, a mało ma.

Informatykowa co jakiś czas robi bilans i okazuje się, że saldo ujemne wychodzi. Lokalny bierze się wówczas w karby i za fuchami zaczyna się rozglądać. Niby rynek na usługi informatyczne jest, ale i konkurencja nie byle jaka. Nie będzie przecież poniżał się do instalowania Windowsów albo modemów u ludności. Co to, to nie. Ma już tego dość w robocie. Czasami więc dla odmiany, zdobycia kasy i ku własnego serca pokrzepieniu proponuje Zarządowi oprogramowanie, jakie akurat wydaje się, że będzie dla firmy pożyteczne. Na przykład jakiś system informacyjny. Ostatnio też na coś takiego się rzucił - w technologii ASP - czyli nowoczesność w domu i zagrodzie.

Jest jednak bardzo ostrożny. Zanim weźmie się do rzetelnej pracy, przedstawia na piśmie kosztorys. Po pierwsze, nie chce, aby towarzyszyły sprawie niedomówienia albo żeby po wykonaniu zadania klientela wypięła się na produkt. Ostatnio także położył na stole Zarządu kartkę z kosztorysem oprogramowania. Pięknie wydrukował na laserówce i zawarł w punktach kwestie najistotniejsze. Cenę wyliczył na podstawie roboczodniówek i wyszło, jak wyszło. Niestety, mało kiedy się zdarza, aby wszyscy kontenci byli. Zarząd jest niejednolity i jak zaproponujesz coś jednemu działowi, to drugi ukradkiem zerka i zazdrości. Też by chciał. "A dla nas też coś zrób na komputer" - domagał się Asystent Zarządu - "bo później się okazuje, że wszyscy mają, tylko my nie". Lokalnemu było w to graj, zagadnął więc: "Dobrze, powiedz jeno, czego potrzebujecie". "???" - tyle dowiedział się w pierwszym rzucie od Asystenta. "Może TO, a może TAMTO" - marudził Asystent. "No niech będzie TO" - zadecydował za niego Lokalny. "TO" zostało, ma się rozumieć, i tak wykreślone przez Zarząd z harmonogramu prac, bo "PO CO?". Niemniej pierwotny kosztorys Lokalnego został zaakceptowany, chociaż warunkowo. "Musisz nam powiedzieć, skąd ta cena się wzięła" - marudził Zarząd. "Z prostej kalkulacji czasochłonności" - odparł szczerze Lokalny. - "Bierzemy stawkę za dniówkę, mnożymy przez przewidywany czas wykonania i mamy wynik". Zarząd był jednak nad wyraz drobiazgowy - "Gdybyś jednak mógł jakoś dokładniej skalkulować". "Muszę na przykład zainwestować w narzędzia" - odparł naprędce Lokalny. "?!?!?!?" - tak głupich min Zarządu Lokalny w życiu nie widział. "Jakie narzędzia?" - zapytał Zarząd po dojściu do zmysłów. "Oprogramowanie do wytwarzania nowego oprogramowania" - odpalił Informatyk. Szefowie nie mogli dojść do siebie, zupełnie jakby usłyszeli, że programy znajduje się w kapuście lub przynoszą je bociany. "A zawsze myśleliśmy, że ty, Informatyku, tak z niczego te programy robisz" - zwierzyli się z ciężkim sercem. Lokalny nie chciał wdawać się w dalsze jałowe dyskusje i przypominać, że według jemu znanych faktów biblijnych - z niczego tylko jeden w historii ludzkości potrafił materializować.

Lokalny chyba jednak przesadził trochę ze szczerością, bo jeśli do tej pory w oczach przełożonych mógł uchodzić za cudotwórcę, to teraz znacznie łatwiej będzie mu przykleić etykietę hochsztaplera.

Piotr Schmidt

(agent zakładowy)


TOP 200