Wakacyjne podglądanie

Dwie niewielkie graniczące ze sobą miejscowości nadmorskie w Toskanii, niedaleko od Pizy. Wzdłuż morza biegnie przez nie bulwar, za którym już tylko plaże.

W pierwszej z tych miejscowości (idąc od północy), po przeciwnej niż plaża stronie bulwaru, jest niewielki bar kawowy i lodziarnia w jednym. Gdy jest już dobrze po północy, jego właścicielka ładuje do swego samochodu wory ze starannie posegregowanymi śmieciami. Wyrzuci je do którychś z pojemników ustawionych na końcu każdej z uliczek w tej lub w sąsiedniej miejscowości. I tak robi tam każdy, bo indywidualnych pojemników, stojących w każdej posesji, po prostu tam nie ma. Śmieci wyrzuca się do tego zestawu, do którego komu najbliżej albo który komu po drodze. Co więcej, system ów obejmuje całą Wspólnotę Pizańską (Comune di Pisa) i działa od kilkunastu już lat.

W ten sposób koszty zbierania, wywozu i przerobu odpadów rozlicza się w skali całej wspólnoty, co wydaje się zgodne z poglądami głoszonymi w początkach XX wieku przez niemieckiego ekonomistę i teoretyka rachunku kosztów Konrada Mellerowicza. Był on pierwszym, który zwracał uwagę na granicę efektywności rozliczania kosztów pośrednich. Ową granicą są koszty samego rozliczania, które potrafią być wysokie, a pozornie wysoka precyzja rozliczania niczego już nie daje.

Zobacz również:

Gdy pomyśleć, co w sprawie śmieciowej wyprawia się u nas, można tylko przyznać rację Mellerowiczowi. Te deklaracje o segregowaniu, składane pierwotnie w gminach, potem jeszcze raz we wspólnotach, w spółdzielniach i administracjach mieszkaniowych. W gminach systemy informatyczne nie potrafiły tego udźwignąć, więc wszystkie comiesięczne wpłaty mieszkańców trafiały na jeden rachunek bankowy (nawet w ponadpółmilionowych miastach!). Teraz gminy pozbyły się tego, ale robią to za nie poszczególne administracje, które budują pancerne niemal, zamykane na klucz wrota do śmietników (by nie zostawił czegoś ktoś nieuprawniony), a jedno i drugie niemało przecież kosztuje.

Podobnie ścisłe rozwiązanie, tym razem już w pełni informatyczne, zafundowaliśmy sobie (zafundowano nam?) w Narodowym Funduszu Zdrowia, gdzie pilnowanie, czy ktoś ma uprawnienia do korzystania z usług leczniczych, czy też nie wymaga wysiłku tysięcy osób, które codziennie pracowicie wklepują dane w klawiatury komputerów. Czyż nie prościej (i taniej!) byłoby objąć ochroną wszystkich obywateli Polski, kiedy to do korzystania z usług wystarczyłoby pokazanie swego numeru PESEL?

Inny przykład z toskańskiej miejscowości – tym razem skutecznej prostoty rozwiązania. Jest tam sobie niezbyt duży sklep spożywczy, a w nim lada obsługiwana przez 2–3 osoby. Kupujący nie tworzą do tej lady kolejki, bo tę wyznaczają dwucyfrowe numerki, odrywane z taśmy papierowej umieszczonej w małym bębnie. Gdy przychodzi czyjaś kolej, jego numerek ukazuje się na wyświetlaczu. Dla tych, którzy się zagapili, kolejne numery obsługujący wywołują. Proste, tanie i skuteczne.

Żeby jednak nie było tylko o tym, co proste i tanie, na koniec coś o rozwiązaniu – a jakże, informatycznym! – i to całkiem wyrafinowanym. W tej drugiej, czyli południowej, ze wspominanych tu toskańskich miejscowości jest spora restauracja z licznymi stolikami na zewnątrz. Gości obsługuje grupa kelnerów, a ich z kolei bar, kuchnia zakąskowa.

Biegający po swych rewirach kelnerzy mają na nadgarstkach małe komputerki z ekranami, na których, z wyświetlanego jadłospisu, wybierają zamawiane przez gości potrawy, dodatki do nich i napoje. Wymagania szczególne są dopisywane. Całe zamówienia drogą łączności bezprzewodowej trafiają do miejsc przygotowania, ale to sam kelner, obserwując „swoje” stoliki, decyduje, kiedy uruchomić wydanie np. dań głównych, bo goście z danego stolika są blisko końca przystawek. Kelner dostaje też sygnał zwrotny, że jego zamówienie jest do odbioru i dopiero wtedy rusza do baru czy którejś z kuchni. W tym samym czasie w centralnym komputerze powstają rachunki dla poszczególnych stolików. W stosownej chwili kelner może taki rachunek wydrukować, przedstawić gościom i skasować należność. W efekcie wszystko przebiega sprawniej, kelnerzy mniej się nabiegają i, co najważniejsze, są w pobliżu swoich gości. Konkludując, wszędzie ludzie miewają dobre pomysły, które w jakiś sposób można wykorzystać u siebie. Trzeba tylko umieć i chcieć je dostrzec. A to zupełnie nic nie kosztuje. Nawet w Toskanii.


TOP 200