VW, telewizor i wirówka

Od niepamiętnych lat, chyba od czasu pojawienia się w Polsce telewizji na dużą skalę, bywam wykorzystywany w roli eksperta przy zakupach i uruchamianiu telewizorów. To drugie obejmowało też kiedyś często akrobatykę dachowo-kominową, konieczną do zainstalowania anteny w nadającym się do tego, a jeszcze niezajętym miejscu.

Niedawno, bo przed dwoma tygodniami, przytargaliśmy więc, kolega-nabywca i ja, kolejne takie bydlę (z ekranem jak ściana) do jego domu. Stawiamy, podłączamy, włączamy. Na ekranie kafelki niczym w mądrym telefonie, a jeden z nich okazuje się służyć do przełączania między domowym a sklepowym trybem pracy. A po co jest ten ostatni? Po to, by kosztem przyspieszonego zużycia (zarówno samego urządzenia, jak i prądu) telewizor udawał, że jest lepszy od samego siebie i w ten sposób łatwiej niż dziesiątki innych wpadł w oko klientowi.

Telewizor stoi dziś komputerem, a komputer – od zawsze – programem, więc to właśnie program służy do tej manipulacji. A jej celem nie jest przecież lepsze zaprezentowanie możliwości, lecz zwyczajne wprowadzenie w błąd i skłonienie do niekoniecznie korzystnego wyboru.

Czymże więc ta programowa premedytacja różni się od wybuchłej niedawno tzw. afery Volkswagena? Tylko chyba stopniem komplikacji (gdy założyć jednak, że wszystkie zarzuty wobec tego producenta samochodów zostaną potwierdzone). Bo napisanie programu, który podkręci kontrastowość czy jaskrawość obrazu telewizyjnego albo zwiększy nasycenie jego barw, to pewnie bułka z masłem w porównaniu z programowym rozpoznawaniem, czy samochód rzeczywiście jedzie, czy też udaje tylko jazdę na stanowisku próbnym. Odpowiednie do tego wpływanie na proporcje paliwa do powietrza i tryb spalania ich mieszaniny to już sprawa trywialna, wymagająca jedynie utrzymania silnika w biegu i prób, by uzyskać najlepszy – nazwijmy go tak – wynik laboratoryjny.

Mimo że od dawna obywam się bez samochodu, to sprawa czystości powietrza i tak przecież mnie dotyczy, więc zastanawiam się, jak na tym amerykańskim tle wypadłyby miliony samochodów jeżdżących po Polsce. Samochodów, które są zbyt stare, by mieć jakikolwiek komputer (nie mylić z elektronicznym sterowaniem, bo to jednak coś innego...) i obsługiwanych jak tam kto potrafi albo wcale.

Jest jednak w dziedzinie programowania coś, co miało z założenia przede wszystkim i wyłącznie szkodzić i wprowadzać w błąd, i to w sposób podstępny i nieporównanie bardziej wyrafinowany niż sklepowy tryb pracy telewizora, czy też manipulowanie składem spalin silnika Diesla. To program, który miał niezauważenie zakłócać pracę wirówek stosowanych do rafinacji paliwa nuklearnego, albo, jak kto chce, przyszłego ładunku bomby, też nuklearnej. Efektem tych zabiegów miał być brak postępów w rafinacji. Pisząc program dokonujący takiej manipulacji, trzeba było wykazać się wyjątkową znajomością istoty sprawy, gdyż w tym przypadku oszukiwani mieli być specjaliści wysokiej klasy. Dodatkowym, i to nie byle jakim, utrudnieniem było też samo wprowadzenie tego oprogramowania do urządzeń, którymi miało ono sterować, nie mając do tych urządzeń żadnego bezpośredniego dostępu. W mało chwalebny sposób udało się jedno i drugie.

Wracając na koniec jeszcze raz do afery Volkswagena – firma zmieniła w jej wyniku najwyższego szefa i – jak podaje – wdrożyła wewnętrzne dochodzenie mające wyjaśnić sprawę. Oby tylko jego wynik nie okazał się taki, jak to było w licznych przypadkach afer bankowych, w których ryzykowne operacje na rynkach pieniężnych doprowadzały do upadku całych banków. Miliardy fruwały tam w tę i we w tę, a podobno nikt z kierownictwa nie miał pojęcia o tym, co się tam działo. Było dobrze, dopóki udawało się na tym zarabiać, gdy jednak sprawa nieuchronnie przyjmowała mniej fortunny obrót i pojawiały się olbrzymie straty, to winnym okazywał się jakiś makler, rzekomo swobodnie, według własnego widzimisię, szastający owymi miliardami.

Tu zaś (znów Volkswagen) może to być programista lub administrator, który, jak się w dochodzeniu okaże, sam podstępnie przemycił taki swoiście poszerzający sferę wirtualnej rzeczywistości program do firmowego repozytorium dystrybucyjnego i... poszło stamtąd w świat, i okaże się też, że nikomu innemu w firmie nawet sama myśl tylko o czymś takim nigdy nie zaświtała.