Uber na cenzurowanym

Rządy wielu krajów na świecie zapowiedziały, że wszczynają śledztwa mające wyjaśnić, jakie dane zostały wykradzione z serwerów firmy Uber, jak w ogóle do tego doszło oraz co najważniejsze, dlaczego firma zataiła ten fakt przed opinią publiczną.

Firma Uber ujawniła w tym tygodniu, że hakerzy włamali się w zeszłym roku do jej serwerów i wykradli z nich dane zawierające poufne informacje o co najmniej 57 mln użytkowników korzystających z ich usług. Ale to nie wszystko. Uber nie poinformował wtedy o tym fakcie ani użytkowników, ani policji czy innych organów ścigania, a pod koniec 2016 roku zapłacił hakerom 100 tys. USD za zniszczenie tych danych.

Politycy wielu krajów uznali, że jest to karygodne postępowanie i zapowiedzieli, iż będą walczyć o powołanie specjalnych komisji śledczych, które podejmą trud wyjaśnienia do końca wszystkich okoliczności tego zdarzenia. Komisje takie mają powstać np. w Wielkiej Brytanii, USA, Australii i w Filipinach, a więc w krajach w których Uber prowadzi ożywioną działalność gospodarczą i w których ma bardzo dużo osób korzystających z jego usług.

Zobacz również:

Wiadomo już, prokuratorzy generalni urzędujące w co najmniej czterech stanach USA (Connecticut, Illinois, Massachusetts i New York) podjęli już decyzję o uruchomieniu śledztw mających wyjaśnić postępowanie firmy Uber. Jakby tego było mało, jeden z amerykańskich senatorów (Richard Blumenthal) wezwał FCC do zajęcia się tą sprawą i ewentualnego ukarania firmy Uber wysoką grzywną, o ile oczywiście śledztwa wykaże, że złamała ona prawo.

Wygląda więc na to, że cała ta sprawa może kosztować firmę Uber bardzo dużo. I nie chodzi tu tylko o mocno nadwerężoną reputację, ale o uszczuplenie kasy przedsiębiorstwa o spore kwoty.


TOP 200