Trzeba ryzykować

Z Rosemary O'Mahoney, kierującą działem E-Commerce w Andersen Consulting, rozmawiają Dorota Konowrocka i Przemysław Gamdzyk.

Z Rosemary O'Mahoney, kierującą działem E-Commerce w Andersen Consulting, rozmawiają Dorota Konowrocka i Przemysław Gamdzyk.

Od pewnego czasu coraz częściej posługujemy się pojęciem "nowa ekonomia" w kontekście wykorzystania Internetu i technologii informatycznych. Czy zmiana rzeczywistości gospodarczej, szczególnie w USA, jest tak znacząca?

Myślę, że rzeczywiście możemy mówić o nowej ekonomi, którą będą rządzić inne, niż do tej pory, reguły. Udało nam się zidentyfikować kilka zasad rządzących tą przemianą.

Po pierwsze, władza przejdzie ze strony dostawców na stronę klientów. Już w tej chwili mamy do czynienia z modelem "odwrotnych" aukcji, na których cena i charakterystyka produktu lub usługi proponowane są przez odbiorcę, a dostawca może się zdecydować ją oferować lub nie. Ten model wpłynie na olbrzymią liczbę przedsiębiorstw. Cena przestanie być główną cechą produktu, większy nacisk zostanie położony na jakość towarzyszących usług, warunki dosta-wy itp.

Po drugie, współpraca. Dotychczas przedsiębiorstwa i branże były zorganizowane wertykalnie. Obecnie nawiązanie współpracy z inną firmą jest zdecydowanie łatwiejsze ze względu na wszechogarniające otoczenie sieciowe. Ta łatwość współpracy zupełnie zmieni strukturę wielu firm, które "wyprowadzą" wiele funkcji do firmy partnerskiej. Zaobserwujemy powstające i rozpadające się sieci powiązań, organizacje wirtualne, rozkład łańcucha dostaw na wiele elementów.

Zmieniła się także skala przedsiębiorstw. Do tej pory często spotykaliśmy się z istnieniem na rynku zaledwie kilku wielkich dostawców. Zmieni się to, ponieważ bariery wejścia na rynek nie są już połączone z wartościami materialnymi - fizyczną wielkością firmy, liczbą oddziałów - ale czynnikami niematerialnymi - możliwością stworzenia bliskich relacji z klientami, pozyskaniem odpowiednich pracowników. Jednocześnie umiejętne zarządzanie wartościami niematerialnymi w firmach, które jako pierwsze weszły na konkretny rynek, może ustawić je niemal na pozycji monopolisty. Oczywiście, kluczowe w walce konkurencyjnej będzie tempo wprowadzania zmian i dostosowania się do otoczenia.

Dlaczego Europa jest tak zapóźniona wobec USA w przyswajaniu zasad rewolucji internetowej?

Zbyt słabo rozwinięta jest infrastruktura, a przez to niska jest w Europie Zachodniej penetracja Internetu. Nie można zapominać o tym, że Internet był zawsze medium anglojęzycznym. Dlatego prawdopodobnie kraje północne, gdzie jęz. angielskim biegle posługuje się znaczna część społeczeństwa, charakteryzuje wysoki odsetek wykorzystania Internetu.

To również kwestia braku przedsiębiorczości, obawy przed ryzykiem. Europejczycy potrzebują wieloletnich planów, stworzenia odpowiednich struktur działania. W Stanach Zjednoczonych obserwujemy inne podejście do ryzyka, klimat sprzyjający przedsiębiorczości - spróbuj to zrobić, jeśli się nie uda, przynajmniej się czegoś nauczysz. Europejscy przedsiębiorcy zbyt często mówią - zobaczmy, czy to zadziała, może to tylko odosobniony fenomen, poczekajmy. Oczywiś-cie, ten stosunek się zmienia.

Stany Zjednoczone dysponują ogromnym, homogenicznym rynkiem. Dlatego nawet firma, która oferuje specyficzny produkt, może skierować swoją ofertę do szerokiej rzeszy odbiorców. Europejski rynek jest fragmentaryczny, choć do jego ujednolicenia na pewno przyczyni się wprowadzenie euro. Zbyt mało jest jeszcze w Europie firm typu venture capital, wspierających nowe spółki internetowe w początkowym, najważniejszym okresie działania. Wskutek tego odważni europejscy przedsiębiorcy wyjeżdżają do Stanów Zjednoczonych, by tam skomercjalizować swoje idee. Europejczycy wiele oczekują od rządu, Amerykanie są przeciwni jakiejkolwiek interwencji rządowej, wierzą w samoregulację rynku.

Czy Pani zdaniem rząd nie ma do odegrania żadnej roli?

Rolą rządu powinno być uregulowanie kwestii ochrony konsumenta, podpisu elektronicznego, praw związanych z własnością intelektualną - przede wszystkim kwestii legislacyjnych. Rządy mogłyby wspierać rozwój nowej ekonomii, dając dobry przykład przez wykorzystanie we własnej działalności technologii informatycznych.

Za wcześnie, by opodatkować gospodarkę elektroniczną, choć oczywiście dla rządu kusząca jest perspektywa uszczknięcia kawałka powiększającego się internetowego tortu. Stanowisko USA jest takie: dopóki nie zrozumiemy tego nowego zjawiska do końca, dopóki nie zostanie osiągnięta masa krytyczna, dopóty nie powinniśmy nakładać restrykcyjnych podatków.

W gestii rządu jest również zapewnienie każdemu obywatelowi dostępu do edukacji i nowych technologii, przynajmniej na poziomie podstawowym. W przeciwnym razie możemy mieć do czynienia z rosnącą przepaścią między wysoko wykształconymi ludźmi, sprawnie posługującymi się nowoczesnymi technologiami, biorącymi czynny udział w przemianach, a resztą społeczeństwa.

Czy nowa ekonomia nie jest przereklamowana? Na razie transakcje dokonywane przez Internet stanowią zaledwie 1% ogółu transakcji...

Proszę zwrócić uwagę na ogromne różnice między poziomem internetowych obrotów w handlu detalicznym w tym i w ubiegłym roku. Bez wątpienia każda firma będzie zmuszona do zaistnienia w Internecie. Te, które zrobią to jako pierwsze, zyskają przewagę. Można zacząć od rzeczy małych, ale czas już na zbieranie praktycznych doświadczeń.

Jeśli Europejczycy będą podchodzić do gospodarki internetowej w sposób analityczny, będą tworzyć analityczne biznes-plany w taki sposób, jak dotychczas, nigdy nie uzyskają przewagi nad Amerykanami. Rozpoczynając takie przedsięwzięcia, trudno realnie oszacować wpływy, zyski, koszty. Nigdy nie wiadomo, czy reakcja klientów będzie pozytywna. Trzeba jednak eksperymentować.

Czy istnieje metoda zmierzenia wpływu nowej ekonomii na dotychczasową rzeczywistość?

Nie, na razie nie ma. Trwają prace nad różnymi modelami ekonomicznymi i księgowymi, zmierzające do stworzenia metody szacowania wartości niematerialnych, ale nie sądzę, by ktokolwiek miał konkretny pomysł. Jest na to zbyt wcześnie. Potrzebujemy kilku lat doświadczeń, eksperymentów, sprawdzenia, jakie są relacje ekonomiczne w nowej rzeczywistości. Na razie nie rozumiemy dynamiki wzrostu tego rynku, opartego głównie na wartościach niematerialnych - wartości marki, bazy klientów, ich lojalności. Nie wiemy, jak te wartości definiować, nie mówiąc o ich wyrażeniu w liczbach.

Czy nie uważa Pani, że wartość spółek informatycznych na giełdach amerykańskich jest znacznie zawyżona, niewspółmierna do posiadanego przez nie majątku trwałego czy poziomu przychodów? Czy takie przewartościowanie nie doprowadzi w pewnym momencie do wielkiego załamania cen akcji?

Nie mamy wystarczająco dużo doświadczeń, by odpowiednio oszacować wartość tych spółek, ująć ją w liczbach. Przewartościowanie jest wynikiem wiary inwestorów w ich potencjał, który będzie procentował w przyszłości.

Nie sądzę, by mogło dojść do załamania rynku giełdowego. Ostatecznie prawdopodobnie dojdzie do konsolidacji. Oczywiście, nie można wykluczyć, że przyszłe dochody spółek internetowych nie sprostają wygórowanym oczekiwaniom inwestorów. Ostateczny wpływ działalności tych firm na ekonomię jest nieznany, ale myślę, że okaże się zdecydowanie pozytywny.

Andersen Consulting poprzez inicjatywę AC Ventures rozpoczął finansowanie nowo powstają- cych firm internetowych. Czy na wsparcie finansowe mogą liczyć również polskie młode firmy?

Tak, takie firmy mogą ubiegać się o wsparcie Andersen Consulting Polska, który będzie przekazywał informacje na ich temat do centrali firmy. Inicjatywa już się rozpoczęła, każdego dnia otrzymujemy od 2 do 3 wniosków od nowo powstałych, niewielkich firm, tzw. start-up. Wsparcie finansowe otrzymuje co dziesiąta firma.

Wiele z nich ma doskonałe pomysły, ale nie potrafi przedstawić konkretnych planów. Ideą AC Ventures jest stymulowanie różnymi metodami rozwoju takich przedsięwzięć, pomagamy im więc, doradzamy i ostatecznie umożliwiamy pozyskanie kapitału od nas bądź innego funduszu.


TOP 200