Technika kontra kultura

Nawet jeśli w laboratoriach lub w niektórych miejscach pracy czy codziennego życia znajdujemy już uczynne roboty, które zadziwią nas swoim sprytem (bo nie inteligencją), to wizja świata zdominowanego przez nie jest po prostu nieporozumieniem.

Nawet jeśli w laboratoriach lub w niektórych miejscach pracy czy codziennego życia znajdujemy już uczynne roboty, które zadziwią nas swoim sprytem (bo nie inteligencją), to wizja świata zdominowanego przez nie jest po prostu nieporozumieniem.

Po ponad pięćdziesięciu latach termin "sztuczna inteligencja" stracił swój pierwotny sens łączący się z nadzieją na stworzenie inteligentnych maszyn, które miałyby dorównać człowiekowi. Są to wciąż różnorodne badania naukowe i ich wdrożenia, w których podjęto wyzwanie sformułowane przez matematyków, inżynierów, programistów, a także psychologów i filozofów. Dzisiaj nie wywołuje to już dawnych ekscytacji, inne też mogą być nadzieje z tym związane. Okres, który przyniósł niebagatelne teoretyczne osiągnięcia i wynalazki, daje okazję do przemyślenia starych i nowych problemów, które wciąż łączą się ze sztuczną inteligencją.

Na zjawisko badań i konstrukcji sztucznej inteligencji trzeba spojrzeć z szerszej perspektywy. Gdy się tego nie zrobi, to nie dostrzeże się właściwego sensu problemu, jaki się z nim łączy. Proponuję zatem dokonać przeglądu historii, dnia dzisiejszego sztucznej inteligencji, a następnie spojrzeć na nią jako na szersze zjawisko kulturowe.

Od początku była to teoretyczna (matematyczna, informatyczna, psychologiczna) oraz praktyczna próba (z dziedzin elektroniki, nauk o komputerach, zarządzania) konstrukcji maszyn, które mogłyby odtworzyć w swoim działaniu cechy tzw. inteligencji ogólnej człowieka, czyli zbioru takich umiejętności, jak: rozpoznawanie zmysłowe określonych cech otoczenia, przeprowadzanie wnioskowania, rozwiązywanie specyficznych problemów praktyczno-poznawczych, a także rozumienie znaczeń językowych. Gdy komputery stały się robotami, to idea sztucznej inteligencji przybrała postać kolejnego mitu golema i homunkulusa. Od lat 70. i 80. minionego stulecia zaczęto się więc ekscytować niezdarnymi i mało podobnymi do ludzkiej istoty robotami. Nadawane im przez projektantów namiastki ludzkich kształtów miały sugerować, że są to nasi konkurenci w dysponowaniu inteligencją. Mało jeszcze zaradni będą jednak mogli za parę dekad na tyle już dysponować inteligencją, że nie będą rozróżniani od ludzkich istot. Taki był sens słynnego testu Turinga, który zawładnął umysłami wielu psychologów i filozofów oraz wpłynął na wyobraźnię masowej publiczności.

Nie sądzę, aby dało się poważnie rozważać wizję codziennego życia, w którym naszymi sąsiadami lub domownikami są inteligentne maszyny, które "zechcą traktować nas z przyzwoleniem lub nawet pobłażaniem", jak kiedyś wyraził się (czy całkiem serio?) Marvin Minsky - czołowy twórca sztucznej inteligencji. Nawet jeśli w laboratoriach lub w niektórych miejscach pracy czy codziennego życia znajdujemy już uczynne roboty, które zadziwią nas swoim sprytem (bo nie inteligencją), to wizja świata zdominowanego przez nie jest po prostu nieporozumieniem. Krótko mówiąc, inteligentne maszyny są faktem, lecz ich rola w naszym życiu polega nie na imitacji, wyparciu czy rywalizacji, lecz na integracji i asymilacji.

Właściwe miejsce techniki

Nie można zrozumieć techniki - czy to starożytnej technologii wytopu metali, czy też nowoczesnej technologii informatycznych - bez rozpatrzenia jej w szerokim kontekście cywilizacyjnym. W szczególności zaś trzeba uwzględniać nie same parametry ilościowe danych urządzeń, wynalazków czy innowacji (ich wymiar i osiągi zawsze będą lepsze niż ich poprzedników), lecz to, co one zmieniają w człowieku, a więc, co mu dają, jak on je przyswaja, jakie z nich ma szeroko rozumiane korzyści i - w końcu, co jest najważniejsze, jak sądzę - jakie ma dzięki temu o sobie samym wyobrażenie. Jeśli zaś idzie o kwestię ostatnią, to właśnie wyobrażenia te są najczęściej fałszywymi wizjami, mitami. Można więc powiedzieć, że technika wymaga z jednej strony analiz ekonomiczno-socjologicznych, z drugiej - antropologicznych, wręcz psychoanalitycznych.

Trzeba wykorzystać istniejące już teorie i modele analiz techniki w jej społecznym łożysku. Jedną z nich jest znany model Thomasa Hughesa z końca lat 80., który wyjaśnia, w jaki sposób dana technika i jej dominujące wynalazki pojawiają się w konkretnych warunkach, jak szeroko wkraczają w gospodarkę i jakie zmiany wywołują w społeczeństwie i kulturze. Doskonale pasuje on do opisu szeroko rozumianej sztucznej inteligencji i da mi podstawę do oceny tego zjawiska oraz prognoz ewentualnych kierunków rozwoju.

Pierwszy etap w modelu Hughesa to stadium wynalazku, a więc pojawienia się konkretnego urządzenia, maszyny czy też organizacji (sposobu zarządzania), które rewolucjonizują dotychczasową technikę. Przykładami są telefon Aleksandra G. Bella, samolot braci Wright czy też żarówka oraz system oświetlenia Thomasa A. Edisona. Jest nim też bez wątpienia komputer, który ma w zasadzie kilku wynalazców - od Charlesa Babbage'a po Alana Turinga czy Johna von Neumanna. Każdy z wynalazków podlega, jest to etap drugi modelu, dalszemu rozwojowi, który polega na doskonaleniu i ulepszaniu od strony parametrów technicznych. Komputery cyfrowe ulegają do dzisiaj takiemu właśnie procesowi i jest on w zasadzie nieograniczony, gdyż po dojściu do którejś z technicznych barier (np. sposobu kodowania sygnałów, materiału do ich przetwarzania, reguł ich organizacji itp.) pojawiają się zawsze nowe jakości. Rozwój kierowany jest zazwyczaj konkurencyjnością i efektywnością, w wynalazku liczy się bowiem to, co przynosi wymierne korzyści.

Na takim właśnie etapie powstała sztuczna inteligencja, zyskując liczne laboratoryjne, eksperymentalne zastosowania oraz wysoką akceptację (wręcz entuzjazm) w gronie ekspertów i konstruktorów. Tutaj też stworzony został ów sugestywny mit inteligentnych maszyn, które mogą dorównać człowiekowi.

Gdy już dana technologia i jej wiodące urządzenie skrystalizują się w swoich funkcjach i zostaną sprawdzone, to następuje trzeci etap - okres innowacyjności, czyli szerokiego wchodzenia w złożony system ekonomicznych, społecznych i kulturowych warunków, które czynią technologię jeszcze bardziej efektywną. Sprzyjają temu zwykle reguły gospodarki rynkowej, które w przypadku inteligentnych robotów czy systemów eksperckich polegają na stosowaniu wszystkich zabiegów marketingowych, łącznie z reklamą i promocją. Bardzo ważny w tym procesie udział mają również dziennikarze i popularyzatorzy nauki, którzy pośredniczą między ekspertami i szeroką publicznością. To tylko jeszcze bardziej wzmacnia społeczne zainteresowanie techniką i rodzi szerokie społeczne zainteresowanie nowymi i niezwykłymi możliwościami, które mogą się z techniki nieoczekiwanie wyłonić. W dalszej kolejności następuje, co jest czwartym etapem modelu, transfer technologii do innych kultur i cywilizacji, co powoduje jeszcze szersze i głębsze jej upowszechnienie. Jest to doskonale widoczne w przypadku komputerów, które stały się jednym z najbardziej typowych i najpopularniejszych narzędzi dwudziestego wieku. W przypadku zaś sztucznej inteligencji i robotyki nie mamy, jak sądzę, jeszcze zbyt zaawansowanego stadium jej rzeczywistego transferu do innych miejsc niż wysoko uprzemysłowione państwa i instytucje naukowo-przemysłowe świata zachodniego, zaś przyczyn tego jest kilka, o czym napiszę na koniec.

W końcu następuje piąty etap, o którym Hughes mówi, że jest wzrostem i konsolidacją w obrębie wiodącej techniki i w odniesieniu do znaczących wynalazków. Ich obecność w społeczeństwie odnajdowana jest w dominujących typach zachowania się jednostek czy zbiorowości, we wzorach kulturowych oraz w systemach wartości. Można powiedzieć, że do takiego stanu rzeczy doszła dzisiaj technologia komputerowa jako taka. Patrząc na różnorodne efekty rewolucji mikroelektronicznej (jak nie tak dawno jeszcze mówiono), w szczególności zaś na zagadnienie tzw. myślących maszyn, trzeba jednak stwierdzić, że etap ten jest dzisiaj w szczególnym powikłaniu i nie osiągnął jeszcze wyraźnej postaci, o której mówi model. Ta właśnie złożoność samego zjawiska oraz niejednoznaczność w jego ocenie daje podstawę do, jak napisałem powyżej, swoistej psychoanalizy mitu o sztucznym intelekcie. Trzeba ją przeprowadzić jak każdy zabieg terapeutyczny, w stosunku do głównego pacjenta, którym są nie komputery oczywiście, lecz, po pierwsze, konstruktorzy inteligentnych maszyn i zarazem twórcy mitu o nich, po drugie, ci z nas, którzy wierzą (świadomie, podświadomie, nieświadomie, czy jakkolwiek inaczej), głównie za sprawą tych pierwszych, że maszyny będą nam równe w inteligencji, w odczuwaniu świata, a może nawet nas przewyższą, jak też dadzą takie możliwości rozwoju, jakich nie dała nam natura ani dotychczasowa technika i kultura.

Poprawić swoją inteligencję

Jak zatem właściwie ocenić rzeczywiste znaczenie techniki informatycznej, która rozprzestrzeniła się w dzisiejszej cywilizacji w niespotykanym dotychczas stopniu? Uczyniła to jednak, od razu chciałbym zauważyć, w bardzo nierównomierny sposób, pozostawiając w świecie znaczne obszary sporej lub całkowitej pustki technologicznej. Są przecież regiony, kontynenty (np. Afryka), które są tak dalece zacofane, iż tkwią jeszcze w epoce wczesnoindustrialnej, albo są jeszcze bardziej opóźnione w rozwoju cywilizacyjnym i być może nigdy nie osiągną etapu zachodniej kultury. Tam, gdzie nie ma stacjonarnych czy przenośnych komputerów, gdzie nie ma Internetu i telefonii komórkowej, gdzie gospodarka i usługi są, by tak rzecz, analogowe, a nie cyfrowe, tam też nie ma miejsca na rozwój jakiejkolwiek postaci sztucznej inteligencji. To oczywiste, ale paradoksalnie również i tam, gdzie wskaźniki tzw. komputeryzacji są wysokie, wcale nie musi powstawać szczególne zainteresowanie robotyką ani też przyzwolenie na ekstrawaganckie koncepcje maszyn zastępujących człowieka czy dających mu jakoby nowe i niezwykłe możliwości rozwoju. Zaawansowana technika nie zawsze zmienia ludzką świadomość zgodnie z oczekiwaniami jej twórców; w cywilizacji nie panuje żelazny determinizm technologiczny.

Chciałbym na koniec uzasadnić powyższą tezę na przykładzie krytycznej oceny poglądów wpływowego teoretyka współczesnej cywilizacji informatycznej Ray'a Kurzweila. Pisze on, że głęboko wierzy w możliwość usprawnienia ludzkich zdolności poznawczych na drodze radykalnej i daleko idącej modyfikacji funkcjonowania naszych ciał, głównie zaś mózgu, co miałoby zmienić nie tylko nasze jednostkowe życie, ale również gatunkowe. Pisze on: "W mojej opinii tym, co wyróżnia człowieka spośród innych gatunków, to dążenie do przekraczania własnych ograniczeń i poszukiwanie granic własnych możliwości. Niektórzy być może woleliby dalej celebrować nasze obecne ograniczenia biologiczne, ale nasz gatunek w nich nie pozostanie. Ja sam planuję zwiększyć swoją inteligencję, jeśli tylko technologia przyniesie takie możliwości". A mogłaby to zrobić najlepiej sztuczna inteligencja w postaci np. sprytnych nanotechnologii penetrujących nasze ciała, głównie mózg, w celu wzmożenia jego naturalnych (a więc niedoskonałych w rozumowaniu Kurzweila) zdolności. Bez wątpienia kwestia ulepszenia możliwości poznawczych człowieka jest najważniejszą sprawą w społeczeństwie informacyjnym. Wobec narastającego wyrafinowania narzędzi informatycznych i trudności w ich obsłudze, zalewu infośmieciami oraz wzrastającą złożonością otoczenia, w którym przychodzi nam żyć, istnieje potrzeba usprawnień i zdynamizowania naszych umiejętności poznawczych. Ale czy ma się to dokonać na drodze tak radykalnego zbliżenia nanotechnologii informatycznych do granic naszego ciała (mózgu), iż miałoby się dokonać naruszeń biologicznych i ewolucyjnych mechanizmów - w to już należy wątpić. Są już i będą jeszcze coraz bardziej rozwijać się wyrafinowane technologie penetracji naszego ciała przez narzędzia informatyczne. Ale to tylko laboratoryjne, bardzo wąskie w użyciu techniki (pozostające na etapie drugim, ewentualnie trzecim w modelu Hughesa), które nieprędko, o ile w ogóle, wejdą w szerokie użycie. Powodów tego jest kilka. Oto najważniejszy; koszty takich narzędzi są zbyt wysokie i nie będą raczej nigdy w zasięgu możliwości każdego z nas, zaś systemy i organizacje społeczne (medyczne, terapeutyczne czy edukacyjne) nie podejmą ich, gdyż już teraz nie są w stanie tego robić w odniesieniu do pospolitych i prostych technologicznie metod medycznej diagnostyki opartej zaledwie na rentgenowskim czy tomograficznym sprzęcie komputerowym. Penetrowanie przez sprytnego nanorobota zakamarków naszego mózgu w celu usprawnienia pamięci czy postrzegania otoczenia (o czym marzy Kurzweil) to wizja rodząca kolejny mit sztucznej inteligencji. Jest do zrealizowania technicznego, lecz nie ma i zapewne nie będzie w najbliższej przyszłości ani społecznego (ekonomicznego czy politycznego) zapotrzebowania, ani też, co chyba najważniejsze, przyzwolenia ze strony ludzi. Kto naprawdę chce tak daleko idącej ingerencji w nasze ciała, która miałaby dać niezbyt wyraźny efekt. Cała nasza cywilizacja opiera się głównie na naturalnych (ewolucyjnie wytworzonych) i kulturowo, jak również technicznie wspomaganych systemach kształcenia, doskonalenia i twórczości. Zmiany w tej dziedzinie są konieczne, ale powinny się dokonać z zachowaniem globalnej równowagi ekologicznej, specyficznej "mądrości systemowej", o której pisał w latach 70. brytyjski antropolog i cybernetyk Gregory Bateson. Powinna ona polegać na zrównoważonym rozwoju opartym na technice i naturze.

Prof. Marek Hetmański jest prodziekanem Wydziału Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie; kieruje zakładem Ontologii i Teorii poznania.