Tam gdzie król piechotą chodzi

Wśród wynalazków, które wpłynęły na losy świata, wymienia się m.in. prasę drukarską i komputery. Wiele jednak wytworów ludzkiego umysłu to też takie, które na początku budzą niesmak i irytację, później stając się nieodzownymi urządzeniami w naszych domach.

Wśród wynalazków, które wpłynęły na losy świata, wymienia się m.in. prasę drukarską i komputery. Wiele jednak wytworów ludzkiego umysłu to też takie, które na początku budzą niesmak i irytację, później stając się nieodzownymi urządzeniami w naszych domach.

Ostatnie miesiące ubiegłego tysiąclecia były okresem rozrachunku, który nie ominął też świata nauki i techniki. Gdziekolwiek spojrzeć, człowiek - chcąc nie chcąc - miał przed nosem jakąś listę 100. czy 10. największych, najważniejszych czy najgłupszych wynalazków i odkryć ostatniego stulecia bądź - w bardziej ambitnych przypadkach - tysiąclecia. Kompilatorzy owych list najwyraźniej dzielili się na dwie szkoły. Jedni, serioźni i namaszczeni, produkowali listy urządzeń skomplikowanych, tajemniczych i niekiedy groźnych - od bomby atomowej, przez komputer, do rakiet kosmicznych. Drudzy, mniej liczni, ale za to bardziej frywolni, koncentrowali się na wynalazkach niepozornych, lecz praktycznych i wszechobecnych, takich jak spinacz do papieru, zamek błyskawiczny czy nylonowe pończochy. Obie grupy mają wiele przekonywających argumentów na rzecz swego wyboru - wydaje mi się jednak, że przyszłość należy do integracji i nasze życie w XXI wieku będzie kształtowane przez przedmioty łączące cechy powszedniej trywialności i zaawansowanej techniki.

Przykładem może być spinacz z pamięcią magnetyczną i nadajnikiem radiowym, pończochy z termostatem czy zamek błyskawiczny reagujący na sygnały głosowe. Wszystkie te wynalazki zamierzam w wolnej chwili opatentować, idąc w ślady szwedzkiego wynalazcy Bruce'a Lamberta, który właśnie zastrzegł sobie prawa autorskie do lodówki z przezroczystymi drzwiami, służącymi także jako lustro. Nie o Szwedach chciałem jednak mówić, tylko, rzecz jasna, o Japończykach, mistrzach twórczej imitacji, którzy - jak nikt inny - potrafią przetworzyć każdą cudzą technologię w produkt rynkowy.

Sukcesy w toalecie

Sukces Japończyków w dziedzinie optyki, przemysłu motoryzacyjnego czy komputerów jest dobrze znany i nie wymaga przypominania. Istnieje jednak pewna domena, w której pomysłowość i perfekcja Japończyków pozostała, niesłusznie, prawie nie rozeznana przez resztę świata. Domeną tą jest przemysł urządzeń sanitarnych, dokładnie mówiąc - udoskonalanie i produkcja sedesów. W większości cywilizacyjnie rozwiniętych krajów, takich jak na przykład Polska, sedesy dzielą się po prostu na "poznańskie" i "warszawskie," które - jak wyjaśnił to niegdyś w jednym ze swych felietonów w Polityce Michał Radgowski - różnią się tym, że w jednym materiał wydalany z organizmu jest deponowany na porcelanowej półce, zaś w drugim wpada do głębokiej wody (nie pamiętam, niestety, który jest który, ale o to można zapewne spytać M. Radgowskiego). W Japonii - w której jeszcze w ubiegłym stuleciu (zanim nastąpiła słynna "Restauracja Meiji") ubikacje były po prostu zwykłymi dziurami w ziemi, z których co pewien czas usuwano zgromadzony nawóz naturalny i sprzedawano farmerom (ten, który pochodził z bogatszych, lepiej wyżywionych dzielnic miasta zyskiwał wyższą cenę) - nowoczesność przyniosła nie znany gdzie indziej rozkwit technologii toaletowej.

Japońska fascynacja toaletą ma, jak twierdzi Takahiko Murata, dyrektor Instytutu Nowożytnych Badań Społecznych w Uniwersytecie Aomori, podłoże religijne. Tradycja shintoizmu kładzie ogromny nacisk na duchową i fizyczną czystość i proces usuwania zanieczyszczeń ma wśród Japończyków wyraźnie rytualne cechy. W istocie jednak, aż do roku 1923, kiedy katastrofalne trzęsienie ziemi w Jokohamie zakończyło się zarazą spowodowaną brakiem systemu publicznych ścieków, nowoczesny klozet był w Japonii rzadkością. Jego popularność zaczęła szybko wzrastać po II wojnie światowej, kiedy przymusowe otwarcie Japonii na świat zaowocowało zapożyczeniem wzorów z Francji, Szwajcarii i Stanów Zjednoczonych. Japońskim zwyczajem sprowadzone modele poddano technologicznej analizie (zwanej tu reverse engineering) i wkrótce uczniowie przerośli swych mistrzów. Japoński przemysł toaletowy może dziś być dumą tego kraju.

Najlepsza na świecie jest miłość w klozecie

Japońskim "królem toalet" jest firma Toto Ltd, która pierwsza zdała sobie sprawę z wyzwania, a zarazem szansy, jaką stwarza ciągły wzrost średniego wieku społeczeństwa. W latach 80. Toto wprowadziła na japoński rynek wysoko zaawansowany model zwany "Washlet" (można by to przetłumaczyć mniej więcej na "Mycioletę"), który został zręcznie zareklamowany za pomocą hasła: "Nawet twa dolna część pragnie być czysta". Dziś, po mniej więcej 20 latach, owe niegdyś luksusowe "Myciolety", których cena przekracza niekiedy równowartość tysiąca dolarów, znalazły drogę ze szpitali i domów starców do 30% prywatnych japońskich mieszkań. Urządzenie to, jak przystało na obiekt kultu, wyposażone jest w najrozmaitsze termostaty, prysznice, systemy kontroli ciśnienia wody, osuszające dmuchawy oraz zdalne sterowanie. Obcokrajowcy - nie obeznani w tajnikach ich obsługi i często opuszczający przybytek czystości zlani od stóp do głów wodą - to ulubiony obiekt japońskich żartów. Sami Japończycy twierdzą, że "ktoś, kto raz użył ÇWashletČ, ten nie może pojąć jak dotychczas mógł się bez niego obyć".

Japońska kultura toaletowa nie ogranicza się jednak do technologii. Na przykład jedna z licznych japońskich stron internetowych zachęca ochotników do odwiedzania i oceny stanu sanitarnego tokijskich publicznych ubikacji. Zdjęcia szczególnie odstręczających wychodków umieszczane są następnie w sieci, co zmusza władze miasta do natychmiastowej interwencji. Na innej stronie internetowej, zwanej Toilet Television, odbywają się quizy, których tematem jest higiena. Przykładowe pytanie: Jaki procent ludzi na świecie używa papieru toaletowego? Odpowiedź: ok. 30%; inne rozwiązania to: ręce, woda, piasek, kamyki, błoto, liście lub liny. W dawnych czasach Japończycy używali wodorostów, zaś Amerykanie - twierdzi Toilet Television - zużytych kaczanów kukurydzy.

Papierowe kolekcje

Jak doniósł niedawno w Los Angeles Times Mark Magnier, w połowie listopada 1999 r. Kyushu gościło piętnaste już Japońskie Narodowe Sympozjum Toaletowe. Spotkało się tam 500 ekspertów z 15 krajów świata (może jednak i w tej dziedzinie japońska technologia podbije wreszcie cały nasz glob), którzy głosowali na 10 najbardziej ulubionych modeli. Wśród przybyłych był oczywiście przewodniczący Japońskiego Stowarzyszenia Toaletowego Hideo Nishioka, dla którego obowiązki zawodowe łączą się z prywatnym hobby. H. Nishioka jest właścicielem kolekcji papieru toaletowego, zawierającej 400 próbek z 50 krajów świata (ciekawe, czy jest w posiadaniu historycznej już dziś karbowanej tektury, mogącej służyć za papier ścierny, jaką pamiętam z czasów mej polskiej młodości).

Sam jednak papier, a nawet zaawansowany system zraszania i osuszania, nie wystarcza do neutralizacji wszystkich towarzyszących obrządkowi defekacji efektów. Japończycy wydają więc co roku ponad 100 mln USD na środki chemiczne, zwalczające charakterystyczne zapachy. Równie żenujące, szczególnie w bardzo akustycznych japońskich mieszkaniach, są odgłosy. Wielokrotne spuszczanie wody, które jest wybiegiem szczególnie preferowanym przez japońskie damy, jest niestety niedopuszczalnym trwonieniem ograniczonego zasobu naturalnego i - aby mu zapobiec - przemysł toaletowy wprowadził na rynek urządzenie elektroniczne o nazwie "Księżniczka Dźwięku", które do złudzenia imituje hałas spuszczanej wody i czyni to całkowicie "na sucho".

e-wychodek

Te moje zachwyty nad osiągnięciami japońskiego przemysłu toaletowego mogą sprawić wrażenie, że tak dałem się wciągnąć w dygresję, iż straciłem wątek mej historii. Nic podobnego. Opowieść ta zmierza do konkluzji. Moje wcześniejsze przykłady skomputeryzowanych spinaczy do papieru czy homeostatycznych pończoch były tylko utopijnymi marzeniami, które mogą nie doczekać się realizacji. Japoński wieloczynnościowy, inteligentny sedes, nad którego konstrukcją pracuje już inżynier Tatsuro Kawamura i jego koledzy z centrum badawczego Matsushita, może już wkrótce stać się standardowym urządzeniem sanitarnym naszego wieku.

Postęp, jak wiadomo, napędza jeszcze szybszy postęp i technologicznie starzejące się japońskie toalety z początku lat 80. zaczynają stawać się czymś w rodzaju publicznego zagrożenia. Na przykład Washlet, który do niedawna był uważany za "rolls royce'a toalet", w czterech przypadkach uległ zapaleniu, przynosząc szwank dobremu imieniu firmy Toto. Zamiast jednak poddawać się zwątpieniu, Toto patrzy z nadzieją na postęp prac badawczych prowadzonych przez Matsushitę. Ich celem jest zintegrowanie toalety z medycznym urządzeniem diagnostycznym. Niewielki laser, wbudowany w porcelanową miskę, wystarczy, by "na żywo" sprawdzać poziom glukozy w moczu, wykrywać niedomagania nerek, a nawet pewne typy nowotworów. Wyniki codziennych analiz, gromadzone w elektronicznej pamięci toalety, pozwolą lekarzom śledzić znaczące zmiany w stanie odchodów pacjenta, bez konieczności kłopotliwych wizyt w przychodni. A przecież to dopiero początek. Niebawem będziemy pewnie mogli odczytywać genom każdego zaproszonego na obiad gościa.


TOP 200