Szpiegowanie w godzinach urzędowania

W zamierzchłych latach 80., kiedy żeglowanie po Internecie było jeszcze raczej powołaniem niż codzienną żmudną pracą, także elektroniczne szpiegostwo miało niesforny, indywidualistyczny charakter. Gdy astronom Clifford Stoll z Lawrence Berkeley Lab wpadł na trop grupy niemieckich hakerów, zdradzających podejrzane zainteresowanie amerykańskimi postępami w budowie antybalistycznego systemu obronnego, okazało się, że owi złoczyńcy to banda młokosów, która w zamian za wykradzione tajemnice wojskowe dostawała od KGB (poza symboliczną sumą 75 000 USD) narkotyki dla własnego użytku.

W zamierzchłych latach 80., kiedy żeglowanie po Internecie było jeszcze raczej powołaniem niż codzienną żmudną pracą, także elektroniczne szpiegostwo miało niesforny, indywidualistyczny charakter. Gdy astronom Clifford Stoll z Lawrence Berkeley Lab wpadł na trop grupy niemieckich hakerów, zdradzających podejrzane zainteresowanie amerykańskimi postępami w budowie antybalistycznego systemu obronnego, okazało się, że owi złoczyńcy to banda młokosów, która w zamian za wykradzione tajemnice wojskowe dostawała od KGB (poza symboliczną sumą 75 000 USD) narkotyki dla własnego użytku.

Oficjalne organa ścigania państw NATO wykazały tak małe zainteresowanie ściganiem elektronicznych szpiegów, że Stoll musiał właściwie całą kontrwywiadowczą robotę wykonać osobiście, na koszt swego pracodawcy. Kiedy przestępcy zostali wreszcie przydybani, ich przywódca Markus Hess został skazany na 20 miesięcy aresztu i 10 tys. marek grzywny. Dla Stolla jedynym pożytkiem z tej afery było to, że odkrył w sobie talent pisarski i całą historię opisał w książce Kukułcze Jajo, która stała się bestsellerem.

Powodów przedziwnej obojętności amerykańskich służb specjalnych wobec rewelacji Stolla było zapewne wiele i ignorancja w dziedzinie technologii komputerowej z pewnością nie była ostatnim z nich. Na ich opieszałość wpłynął także pewien subtelny czynnik kulturowy. Ludzie ci byli solidnymi profesjonalistami, którzy patrzyli zarówno na Stolla (prowadzącego swe nasłuchy w bardzo dziwnych godzinach dnia), jak i na samych "internetowych włamywaczy" jak na amatorów, najwyraźniej uprawiających osobliwe hobby po godzinach pracy.

Czasy się jednak zmieniły. Oto w Los Angeles Times z 7 października czytam, że FBI od ponad roku prowadzi intensywne śledztwo pod kryptonimem Moonlight Maze, czyli "labirynt w świetle księżyca" (Czy oni tam wynajmują poetę, by tchnąć trochę pozorów ducha w swą nudną robotę, czy co?) Okazuje się, że amerykańskie instytucje rządowe są obiektem najbardziej zmasowanego cyberataku w dotychczasowej historii elektronicznego wywiadu. Ktoś podejmuje systematyczne próby przeniknięcia do komputerowych systemów Pentagonu, Departamentu Energii (odpowiedzialnego za badania jądrowe), NASA oraz listy militarnych kontraktorów i laboratoriów badawczych zajmujących się rozwojem nowych broni. Sprawa tym razem jest poważna, ponieważ - jak zeznał przed senacką podkomisją dyrektor Narodowego Centrum Ochrony Infrastruktury FBI Michael Vatis - wszystkie usiłowania włamań (chwała Bogu, dotąd żadne tajemnice państwowe nie zostały skradzione) odbywają się w godzinach 8.00-17.00 czasu moskiewskiego.

Zdawać by się mogło, że na Amerykanów padnie blady strach. Hm, myślę, że większość zainteresowanych przyjęła tę wiadomość z westchnieniem ulgi. Zupełnie jak szefowie amerykańskiej mafii, którym pamiętne zebranie w Apalachin w roku 1957 przerwano najazdem policji. Przypomnijmy, że w zebraniu owym brało udział ok. 65 przywódców Cosa Nostra, którzy zostali hurtem aresztowani, a następnie, z braku dowodów winy, wypuszczeni na wolność. Jak głosi ludowa opowieść, kiedy wokół domu, w którym odbywała się ich narada, pojawiły się tuziny policjantów, początkowo wywołało to wśród zebranych pewien niepokój. "Czy nie są to przypadkiem członkowie konkurencji przebrani za policjantów?" - zadawali sobie dręczące pytanie. Na ich szczęście była to tylko prawdziwa policja.

Ponieważ, jak powiedział - nie pamiętam już który - prezydent Stanów Zjednoczonych, że "biznesem Ameryki jest biznes", właściwie żaden strateg o zdrowych zmysłach nie przewiduje dziś, by Rosja szykowała się do militarnej napaści na swego dawnego wroga. Co innego, gdyby się okazało, że jacyś amerykańscy biznesmeni siedzą w Moskwie i dzień w dzień, między ósmą a piątą, próbują dociec, co też kombinują ich koledzy w domu.