Stracone złudzenia

W lipcu br. zostanie prawdopodobnie ogłoszona upadłość krakowskiej firmy internetowej Bot.

W lipcu br. zostanie prawdopodobnie ogłoszona upadłość krakowskiej firmy internetowej Bot.

Upadek spółki oznacza kres złudzeń, że do osiągnięcia sukcesu finansowego wystarczy dobry pomysł, grupa wykształconych entuzjastów i zastrzyk gotówki z zagranicy. Pokazuje również jak kruche podstawy ma biznes internetowy, nawet ten wsparty przez zagraniczny koncern.

Polak potrafi

Założona w sierpniu 2000 r. firma Bot miała być światowym centrum badawczo-rozwojowym amerykańskiej firmy internetowej Bot.Net. Jak zapowiadał wówczas Włodzimierz Laskowski, prezes polskiego oddziału, Amerykanie mieli w ciągu roku zainwestować w Krakowie 8-10 mln USD. Polscy specjaliści zamierzali zająć się projektowaniem oprogramowania dla tzw. botów (intelligent software agents), które miały trafić na rynki: amerykański i japoński.

Projektem realizowanym przez Bot.Net były zainteresowane największe światowe koncerny, m.in. Boeing i Sumitomo. O spółce było głośno z jeszcze jednego powodu. Dzięki doskonałym warunkom pracy (m.in. szeroko zakrojonemu programowi opcji pracowniczych) do firmy masowo ściągali programiści z dużych spółek giełdowych, m.in. z ComArch SA.

Kronika upadku

Jesienią spółka zatrudniała ok. 70 osób, głównie programistów, gdyż dział sprzedaży i marketingu umiejscowiono w siedzibie firmy w Seattle. W oficjalnym otwarciu firmy uczestniczyli amerykański konsul i grupa profesorów krakowskich uczelni.

Pech chciał jednak, że inauguracja działalności zbiegła się w czasie z pogłębiającymi się spadkami na amerykańskiej giełdzie. Już w listopadzie 2000 r. zwolniono pierwsze osoby. Zarząd zajął się zmianą strategii biznesowej. Pojawiły się pomysły, aby firma jednocześnie z realizowanym projektem zajęła się outsourcingiem. Miesiąc później po raz pierwszy Bot spóźnił się z wypłatą wynagrodzeń. Kierownictwo firmy tłumaczyło to trudnościami z przelewem środków z USA, związanymi ze zbliżającymi się świętami.

W lutym 2001 r. na pracowników czekał kolejny kubeł zimnej wody - wstrzymano wypłatę obiecywanych od kilku miesięcy premii w związku "ze zmianą kursu dolara". Jednocześnie rozpoczęło się wręczanie załodze opcji na zakup akcji. "Nikt nigdy nie powiedział nam wprost, na jakie udziały możemy liczyć, jednak zarządowi zależało na sprawieniu wrażenia, że możemy oczekiwać naprawdę wysokich profitów. Mówiono np. o przyznawaniu premii w opcjach na akcje za zgłoszone pomysły. Kiedy okazało się, że dostaniemy opcje na zakup od 100 do 2000 akcji i to realizowane w pełni dopiero po 3 latach, wszyscy poczuliśmy się rozczarowani" - mówi Łukasz Hankus, jeden z pracowników spółki. "To był dopiero początek programu. Wraz z zakończeniem kolejnych etapów projektu przewidywaliśmy przyznawanie co 4 miesiące kolejnych opcji" - tłumaczy Włodzimierz Laskowski.

W kwietniu br. zarząd zaproponował chwilowe obniżenie kosztów. Pensje pracowników obniżono do 3 tys. zł, równoważąc to - przynajmniej częściowo - jednorazowym wydaniem dużej liczby opcji dla tych, którzy zdecydują się zostać. Z firmy odeszło wtedy ok. 20% pracowników, nie zgadzających się na nowe warunki. Pojawiły się równocześnie informacje o tym, że przejęciem firmy zainteresowany jest Microsoft. Wszystko miało się rozstrzygnąć w ciągu kilku tygodni. Pod koniec maja został jednak w sądzie złożony wniosek o upadłość firmy. Kilkumiesięczne zaległości wobec ZUS, urzędu skarbowego i pracowników wyniosły ok. 1 mln zł.

Zbytnia zależność

Co było prawdziwą przyczyną upadku? Zdaniem Włodzimierza Laskowskiego, złożyło się na to kilka czynników. Przede wszystkim kłopoty z finansowaniem działalności firmy-matki przez fundusze typu venture capital i niepowodzenie projektów związanych ze świadczeniem usług outsourcingowych i sprzedażą rozwiązań na rynkach: amerykańskim i japońskim. "Niestety, nasz produkt jest ściśle związany z platformą .Net Microsoftu, którego premiera zapowiadana jest dopiero na koniec tego roku" - mówi Włodzimierz Laskowski.

Na razie fiaskiem zakończyły się także próby przejęcia firmy przez zagraniczny koncern. Nieoficjalnie mówi się o tym, że o ile polski oddział był zainteresowany finalizacją transakcji, o tyle centrala nie była w stanie dotychczas podjąć ostatecznej decyzji. Według pracowników przynajmniej część winy ponosi zarząd, który zbyt długo zwlekał z przedstawieniem sytuacji w firmie.


TOP 200