Spryt i wygoda

Wydawać by się mogło, że kupno biletu lotniczego to prosta sprawa. chcę lecieć z miejsca a do b w dniu d, o godzinie g. ile kosztuje najtańszy bilet?

Wydawać by się mogło, że kupno biletu lotniczego to prosta sprawa. chcę lecieć z miejsca a do b w dniu d, o godzinie g. ile kosztuje najtańszy bilet?

Teoretycznie powinno być tak, że zaglądam do Internetu i dostaję wykaz połączeń, a jedyne, co mi pozostaje, to wybór najkorzystniejszej oferty. Analiza grafu połączeń lotniczych i dostarczenie listy lotów, bezpośrednich czy z przesiadkami, nie jest przecież zadaniem trudnym. Internetowe strony towarzystw lotniczych pełne są dzisiaj tego typu usług. Problem w tym, że ograniczają się one tylko do swoich lotów i rzecz jasna oferują standardowe ceny.

Nie dalej jak parę tygodni temu kupowałem bilety z USA do Gwatemali. Oczywiście, najdroższe oferty znajdowały się bezpośrednio na internetowych stronach towarzystw lotniczych. Tańsze bilety oferowali różnego rodzaju agenci internetowi, specjalizujący się w podróżach lotniczych. Jednak bilety kupowane online za pośrednictwem bezdusznych automatów wciąż były droższe niż te, które oferowali żywi agenci dostępni pod bezpłatnymi numerami telefonów.

Ponieważ bilet chciałem kupić na "od zaraz", wszyscy pośrednicy więc okazywali się albo piekielnie drodzy, albo bezradni, albo nie mieli biletów "od zaraz", albo czas ich wystawienia i dostarczenia przekraczał kilka dni. Chcąc nie chcąc zrezygnowałem więc z wygody dokonywania zakupów w domu i wybrałem się w poszukiwaniu szczęścia na lotnisko.

Po krótkim okresie poszukiwań okazało się, że najlepszą ofertą jest nie kupno nowego biletu, ale zmiana posiadanego przeze mnie biletu z innej trasy na tę, którą chciałem. Koszt poniżej 50% oficjalnej ceny za przelot nie wydawał mi się złą okazją i do tego bił na głowę wszystko, co mogłem znaleźć w sieci i przez telefon. Ale sprzedawczyni poradziła mi jeszcze: "Wie pan, tak naprawdę to my tam nie latamy. Ja tylko sprzedaję bilet linii lotniczych stowarzyszonych z nami. Oni mają siedzibę w sąsiednim budynku. Niech pan tam pójdzie. Może będzie jeszcze taniej".

Wybrałem się. Taniej nie było, a do tego zgroza mnie przeszła, bo sprzedawczyni stowarzyszonych linii lotniczych poinformowała mnie, że przecież jest sezon wakacyjny i najbliższy termin, jaki mają wolny, jest za trzy tygodnie. Przerażony wróciłem szybko do poprzedniej sprzedawczyni sprawdzić, czy się nie pomyliła. Chwila ciszy i ta, pewna tego co widzi na ekranie komputera, zapytała: "Chce pan na dzisiaj czy na jutro? Wciąż mają wolne miejsca. Co pan wybiera?"

Nie dochodziłem już, dlaczego w tym samym czasie z dwóch różnych terminali otrzymuję dwie zupełnie różne informacje o dokładnie tym samym locie. Odwiedzonych kilkadziesiąt stron internetowych i wysłanych kilkadziesiąt e-maili, przeprowadzonych kilkanaście rozmów telefonicznych i wizyty w kilku biurach linii lotniczych wystarczyły mi w zupełności, by całkowicie stracić orientację w tym, jaka jest logika systemu sprzedaży biletów lotniczych. Zadowolony z udanego zakupu, udałem się do domu na zasłużony podwieczorek.

Są tacy entuzjaści i prorocy Internetu, którzy uważają, że wkrótce zakupy w sieci będą za nas wykonywać automaty. Nietrudno sobie wyobrazić robota szwędającego się po sklepach internetowych, zaopatrzonego w nasze wymagania i preferencje, dokonującego negocjacji w naszym imieniu. Może będzie łatwiej, ale nie wierzę, żeby miało być taniej. Który robot wykaże więcej sprytu ode mnie?

Stany Zjednoczone, Los Angeles, 12 sierpnia 2001 r.