Sport to zdrowie!

Tytułowe hasło należy do tych nielicznych, które zadziwiająco dobrze znoszą próbę czasu i zachowują aktualność, mimo zmieniających się systemów społecznych, poglądów i samych społeczeństw. Wyjąwszy jednak sport wyczynowy, w którym zdrowie bywa ceną płaconą za osiągi.

Istotnym elementem sportu jest rywalizacja, w czym niektórzy potrafią upatrywać nawet zastępczą formę zmagań wojennych, prowadzonych bez zamiaru spowodowania szkody dla zdrowia i życia przeciwnika. Znów - wyjąwszy sport wyczynowy, w którym z tym bywa różnie.

W ten sposób jawi się nam piękna i szlachetna dziedzina sportu amatorskiego, uprawianego dla - jako się rzekło - zdrowia i przyjemności. Przy czym przyjemność ta może być udziałem zarówno uczestników czynnych, czyli tych, którzy oddają się zmaganiom, jak i biernych, którzy ograniczają się do obserwacji.

Nie należałem i nie należę do żadnej z tych kategorii, nawet gdy uwzględnić tylko ekran telewizora, ale dałem się kiedyś skusić na mecz piłki kopanej aktorzy kontra dziennikarze. Było to w zamierzchłych czasach, kiedy to nawet popołudniówki, pogardzane przez mających o sobie tzw. lepsze mniemanie, w porównaniu z dzisiejszymi tabloidami wznosiły się na niebotyczne wyżyny dziennikarskiego kunsztu, obiektywizmu i języka.

I taki też był cały ten mecz, który skończył się bez wyniku, bo sędzia - jedyny tam zawodowiec - dorównał do poziomu całości i udał, że pomylił mu się rachunek bramek. A w tym czasie była przednia zabawa, z parodiowaniem zachowań "prawdziwych" zawodników, ogólnym błaznowaniem, kilkoma - przez chwilę - piłkami jednocześnie w grze i wpuszczoną w którymś momencie na murawę boiska kaczką w roli groźnej wunderwaffe dziennikarzy.

Kilka lat później podobną imprezę zorganizowano u nas w pracy. Szczęśliwie - jak się okazało - wybrałem uczestnictwo bierne. Ponieważ grać musi ktoś z kimś, konieczne było jakieś kryterium podziału. Sięgnięto więc po najbardziej wyraźne: twórcy systemów kontra eksploatacja. Wtedy (a w wielu ośrodkach - do dziś) najbardziej zantagonizowane służby.

Oba zespoły, niepomne, że idzie w końcu o zabawę, rzuciły się do walki niczym bijący się o życie gladiatorzy, zaciętością i brutalnością próbując pokryć braki umiejętności i kondycji. Efekty były porażające: dwa razy karetka pogotowia podczas tego samego meczu (jedna do złamanej nogi!) i - już następnego dnia - niemal paraliż ośrodka przez nieobecność w pracy kilkunastu uczestników, których obrażenia skończyły się zwolnieniami lekarskimi. Nic tedy dziwnego, że szef na zawsze zakazał podobnych imprez.

Przez 30 z górą lat, jakie od tego czasu minęły, sądziłem, że główną przyczyną takiej postawy był wspomniany antagonizm i okazja do odegrania się ze strony eksploatacji, przegrywającej wówczas większość sporów z projektantami i programistami w wyniku odgórnych decyzji.

Teraz jednak, po latach, okazuje się, że było i jest w tym coś więcej, co potwierdzają całkiem świeże przykłady.

Krajowe serwisy informacyjne doniosły o amatorskim spotkaniu piłkarskim gdzieś na prowincji, podczas którego doszło do bójki uczestników i interwencji policji. Sprawcą całego zamieszania miał być były piłkarz, obecnie poseł, który wyróżniał się brutalnością.

To jednak nic wobec nagranego telefonem filmiku, który pojawił się w kilku internetowych serwisach informacyjnych. Działo się to daleko, bo w Argentynie. Na jednym z boisk jakiegoś kompleksu sportowego młodzież grała sobie w rugby. No tak, pomyślicie, rugby to gra siłowa i brutalna, więc o coś więcej niż tylko sport bardzo łatwo. A właśnie, że nie o to poszło. W którymś momencie gracze rugby padają, jeden po drugim, płasko na trawę, a jajowata piłka toczy się gdzieś sama. A padają, bo nagle gdzieś blisko rozlegają się i przez chwile trwają najprawdziwsze strzały. Gdy było już po wszystkim, okazało się, że strzelać zaczęli do siebie amatorzy-oldboye, rozgrywający towarzyskie spotkanie w kopaną na sąsiednim boisku.

No i co za ulga. To nie tylko panowie informatycy dostają małpiego rozumu z upływem lat...


TOP 200