Smutek polskiej infostrady

Minęło zaledwie kilkanaście miesięcy od momentu, gdy zespolone środowisko sieciowe kraju i zagranicy, wystosowało do Sejmu i prasy polskiej dramatyczny apel o to, by agendy państwowe nie przeszkadzały Polakom w rozwoju ich krajowej sieci.

Minęło zaledwie kilkanaście miesięcy od momentu, gdy zespolone środowisko sieciowe kraju i zagranicy, wystosowało do Sejmu i prasy polskiej dramatyczny apel o to, by agendy państwowe nie przeszkadzały Polakom w rozwoju ich krajowej sieci.

Do dziś budowa polskiego odcinka Infostrady posunęła się: zasoby polskie są imponujace, bazy informacyjne naszych uczelni - ciekawsze i robione z większą inwencją, niż ich odpowiedniki w krajach zamożniejszych. Świat Internetu przeszczepiony na polski grunt, dzięki pomysłowym i oddanym idei jednostkom, zmienił się w baśniowy sezam. Mamy już w Internecie szkoły warszawskie i pozawarszawskie, choć nie brakuje zgrzytów na łączach organizacyjnych, między naszymi organizatorami a Polakami z UNESCO. Mamy przykłady tak oczekiwanych i nie łasych na zachwyty ogólnopolskich akcji lokalnych (jakże długo czekała Polska na coś takiego!): Lublin garstka zapaleńców zdążyła przed stolicę "usieciowić" własne szkoły, na dodatek jeszcze kilka urzędów. Nie bez pomocy pieniędzy rządowych, ale i dzięki własnej inicjatywie, położono tam 20 km światłowodów - najwięcej na skalę polską. W tak zwanych centralach z kolei, przedstawiciele rządowi, działający w stylu Marka Cara - pełnomocnika w rządzie Waldemara Pawlaka, zdołali przełamać stereotyp "socjalistycznego urzędasa" blokującego nowoczesność. Światli, bezinteresowni, szybcy. Pomyśleć, że naprawdę jeszcze nie tak dawno nie widać było na horyzoncie nikogo oprócz monopolistów - i TPSA.

Sieciowe poletko ulegające z dnia na dzień transformacji, stanowi dowód na to, iż wbrew temu, co myśli się potocznie na Zachodzie o postpeerelowskim, rzekomo "zsowietyzowanym" pokoleniu młodych Polaków, potrafi ono pracować ku powszechnemu pożytkowi nie gorzej od pionierów z epoki inżyniera Kwiatkowskiego - twórcy Gdyni. Niemal bezinteresownie, bo za żadne, albo bardzo wątłe pieniądze.

Trafiam pod adresy polskie ww. i oglądam "home pages" budowane indywidualnie bądź zespołowo. Nietrudno się oprzeć wrażeniu, że Polacy z kraju - gdy się im tylko da "kawałek twórczej wolności" - szybuja wysoko. Na przekór politycznym liderom, wbrew ogólnemu stylowi krajowej polityki.

Obserwując z Nowego Jorku budowę polskiego odcinka Infostrady, mam jednak niemiłe przeczucie, że ci, którzy tak - cegiełka po cegiełce - utwardzają dziś tę drogę, mogą wkrótce paść ofiarą tzw. czystego praktycyzmu. Oto w, niestety prowincjonalno-urzędowym klimacie towarzyszącym od dawna polskiej nauce i w ogóle wartościom intelektualnym, bezinteresowni budowniczy, zadowalający się głównie satysfakcją, wznoszą bezwiednie most, po którym, wbiegną wkrótce grupki spryciarzy.

Most jest wznoszony błyskawicznie: proszę zobaczyć, jak szybko i jak spontanicznie entuzjaści z Instytutu Fizyki UW z pomocą innowacyjnych ludzi "urzędowych", zabrali się za organizowanie sieci dla polskich szkół. Czy to nie jest przypadkiem "praca od podstaw", o której tyle lat się w Polsce tylko marzy? Kto nakazał Uniwersytetowi Warszawskiemu, przygarniać już kilka lat temu stołecznych licealistów do swej ubożejącej sieci? (inna sprawa na czyje życzenie ich dziś się stamtąd ruguje).

Dziś już poważnie obawiać się trzeba wkraczania urzędowego cwaniactwa w świat polskiego Internetu. Żyje ono swym życiem wszędzie, to prawda, jednak w przodujących krajach Internetu takich jak USA, gdzie wyceniono już równowagę między wysiłkiem intelektualnym a gratyfikacją, prawdziwe "głowy" i prawdziwa a nie tzw. ekspressowa pomysłowość, są na ogół szanowane. Tam gdzie intelekt nagradzany jest z budżetu, innowacyjność i oddanie pracy szanuje się na drodze przyzwoitego podziału środków między głowy pomysłowe a tzw. administracyjno-pomysłowe. Zbiegiem okoliczności, w Polsce, te ostatnie mają szczęście do robienia pieniędzy. Pomysłowym pozostaje uznanie, albo i nie.

Dziś już, wczorajsza nadzieja na to, iż pesymistyczny scenariusz polskiej sieci nie sprawdzi się, wygląda na naiwność. Wchodzi właśnie pod obrady Sejmu rujnujący polską demokrację projekt "Ustawy o zmianie Ustawy" telekomunikacyjnej. Dokument to smutny i niezależnie od tego czy będzie przyjęty, czy nie, ukazuje sposób myślenia typowy dla PRL-owskiej biurokracji: utrwala archaiczny, niewolniczy model łączności. Prawdę mówiąc trudno się nawet było spodziewać, że oto po kilku latach szumu i protestów wobec niestarej, nadal obowiązującej ustawy, bardzo niedobrej ustawy, pojawią się poprawki jeszcze bardziej wspierające monopole, odcinające ludzi od telefonu i sieci, po "uważaniu" przyznające pozwolenia i zezwolenia operatorskie. Słowem, po kilku latach istnienia Nowej Rzeczypospolitej myśli się o powrocie do starych PRL-owskich metod separujących obywatela od wszystkiego co kojarzy mu się ze swobodnym kontaktem ze światem. Rozumuje się tak na wysokich szczeblach naszych urzędów "od łączności", wbrew temu co robi się już nawet nie w USA, ale w dość tradycjonalistycznie nastawionej Europie. I wbrew zaleceniom Unii Europejskiej.

Doprawdy, trudno będzie Polakom w kraju szybować w Internecie wysoko, jeszcze trudniej im będzie utrzymać równowagę na Infostradzie a już najtrudniej - stanowić część światowej rodziny krajów cywilizowanych. Jeszcze w tej chwili, Polska - za Czechami i Węgrami - znajduje się na 20 miejscu wsród najbardziej "usieciowionych" państw świata.

Ale jest też i inna, amerykańska lista, autorstwa bardzo konserwatywnej organizacji - The Heritage Foundation - stawiająca Polskę na 37 miejscu wśród 100 krajów o najbardziej zniewolonej gospodarce. Wedle tzw. Index of Freedom", operującego 10 wskaźnikami, jesteśmy bardziej "zniewoleni", niż Gabon (26), Zambia (30), Nigeria (33) a nawet Ekwador (35). Nie wiem czy mamy się cieszyć, iż wyprzedzamy Ghane (39), Rosję (46), Madagaskar (50). Jako jedno z kryteriów owego zniewolenia wymienia się rządowe przepisy blokujące rozwój telekomunikacji.

Daniela Baszkiewicz-Skott


TOP 200