Śmierć architekta śmierci

Dziesięć lat temu pracowałem w międzynarodowym gronie, w którym spośród wszystkich kontynentów brakowało chyba tylko przedstawiciela Ameryki Południowej. Pracowity wrześniowy dzień przerwał telefon od przebywającej za granicą córki. Mówiła o tym, co w bezpośrednim przekazie z Nowego Jorku pokazywała tamtejsza - zdezorientowana, jak wszyscy tego dnia - telewizja. Internet u nas już niemal nie działał, nie radząc sobie z liczbą połączeń. Któremuś z kolegów udało się połączyć przez rzadkie wówczas (i kosztowne wtedy) łącze jego zagranicznej sieci komórkowej. Gdy nieśmiało wspomniałem, że Bin Ladenowi chyba się w końcu udało, wszyscy, dosłownie wszyscy z tego międzynarodowego towarzystwa pytali: "Bin, who?"

Od tamtego czasu człowiek ten stał się chyba najbardziej rozpoznawalną postacią na świecie, a drugiego maja 2011 jego nazwisko kolejny raz zdominowało wszystkie światowe serwisy informacyjne. Do tego stopnia, że np. BBC World przez cały ten dzień, do późnego wieczora, nieprzerwanie kontynuowała program specjalny, w którym nie nadała żadnej innej wiadomości.

Zbyt mało wiemy, by oceniać samo zadanie tej śmierci. Rozumiem nawet, że czyjaś śmierć, zarówno kogoś obcego, jak i osoby bliskiej, może przynieść nieraz długo oczekiwaną ulgę, nie potrafię jednak zaakceptować radości z tego powodu. Dlatego odrażające wydały mi się sceny radości w USA, podobnie jak swego czasu mierziła mnie demonstrowana przez niektórych kolegów radość, na wieść o śmierci Leonida Breżniewa.

Powyższe nie oznacza jednak, że byłem wobec obu tych osób bezkrytyczny, czy też - próbuję je w jakikolwiek sposób ze sobą łączyć. Można jednak powiedzieć, że zajęciem Bin Ladena była architektura śmierci, i to w dwóch co najmniej wymiarach.

Jeden z tych wymiarów, bezpośredni, sprowadzał się do wymyślania, jak za jednym zamachem (gra słów niezamierzona) unicestwić jak najwięcej ludzi. Drugi wymiar dotyczył (i zapewne dotyczy nadal) sposobu organizacji sieci komórek, składających się na firmowany przez Bin Ladena ruch, zajmujący się szerzeniem terroru i mający doprowadzić do zjednoczenia całego niemal świata muzułmańskiego w ramach jednego potężnego kalifatu.

Struktura wspomnianych komórek, z ich znaczną autonomią i niezależnością, przypomina nieco architekturę Internetu, gdzie też, z założenia, skutki katastrofy jednego węzła sieci mają natychmiast i automatycznie być równoważone przez resztę struktury, która robi, co do niej należy, nie bacząc na resztę. Architektura taka i tu, i tam musi zakładać pewną nadmiarowość zasobów, ale nawet i to nie zawsze okazuje się skuteczne. Tak było, gdy kiedyś główne serwery domenowe nakarmiono pustymi listami domen. Było tak również, gdy koparka trafiła na taki właśnie światłowód, że odcięła od siebie na ponad pół dnia oba wybrzeża USA. Jeszcze poważniejsze były skutki uszkodzeń światłowodowych kabli podmorskich - jednego przez trzęsienie ziemi w okolicach Tajwanu i drugiego, podobno przez rzuconą, gdzie nie wolno, kotwicę statku, niedaleko od Aleksandrii.

Wszystko to jednak nic w porównaniu z poszukującą złomu starszą panią, która, całkiem niedawno, uporawszy się z kablem światłowodowym, za jednym zamachem odcięła od sieci dwa państwa: Gruzję i Armenię. Sama jednak rozczarowała się brakiem metalu w kablu nie mniej niż użytkownicy Internetu w tych krajach, którzy sądzili zapewne, że ich sieć jest lepiej chroniona i że ma w swej architekturze więcej niż jedno połączenie magistralne.

Gdy już jesteśmy przy Internecie, to nie sposób uciec od jednego jeszcze porównania go z siatkami terrorystycznymi, bo te mają w sieci swe odpowiedniki zajmujące się szerzeniem zła. I jedne, i drugie odnoszą od czasu do czasu sukcesy, bo okazuje się, że nie potrafimy żyć w ciągłej mobilizacji i zdarzają się nam chwile osłabionej czujności, co przeciwnik potrafi przewidzieć i skutecznie wykorzystać.

Czy sprawa serwisu internetowego firmy Sony, o której to sprawie wiemy równie mało jak o okolicznościach śmierci Bin Ladena, czegoś nas nauczy?


TOP 200