Śmieci, tzn. odpady

Można by rzec, że zmieniło się niewiele, bo, tak jak był na podwórku, pod wiatą, jeden uniwersalny pojemnik na śmieci (przepraszam, odpady), tak jest.

Ale jednak jest inaczej. Przedtem każdego ranka wąską a długą osiedlową uliczką cofała wolno śmieciarka (wyrazy podziwu dla kierowców za niebywałą precyzję manewrów!) i zabierała śmieci z bramy po lewej i z wiaty po prawej stronie. Teraz, po śmieciowej rewolucji, śmieciarka zabiera tylko to, co po lewej, a pół godziny później przyjeżdża druga, równie wielka, ale z innej firmy, by obsłużyć prawą stronę. Widzę to z szóstego piętra, więc wszystko dzieje się niejako u moich stóp. A skoro tak, to żyję chyba na jakiejś sekretnej granicy, nie mając nawet świadomości istnienia światów, które ona dzieli. Trochę spokoju przywróciła mi rozmowa z załogami obu maszyn, bo jednak jedne i drugie odpady trafiają na to samo wysypisko, co przed rewolucją i wszystko, czego się tam po nich oczekuje, to możliwie szybka degradacja.

Zanim to jednak nastąpi i zanim te odpady trafią do śmietnika, dostępują czegoś, co można określić degradacją moralną. Bo do pewnego momentu to, co już za chwilę ma zostać zdegradowane do rangi odpadu, jest jeszcze przedmiotem dbałości i symbolem czystości. I nagle z tego obiektu wzmożonej atencji robi się zwykły, pogardzany śmieć. Bez różnicy, czy chodzi o jedzenie, papier, w który było zawinięte, karton po butach czy plastikową butelkę.

Zobacz również:

Przechodząc po tym długim, śmieciowym wstępie na swoje podwórko, widzimy, że całkiem podobny bywa los naszych danych. Ot, chociażby taka wiadomość poczty elektronicznej mówiąca, że gdzieś tam, w dniu i o godzinie, odbędzie się narada na jakiś temat, w której powinniśmy wziąć udział. Narada się odbyła, przez czas jakiś zdarza się, że do tej wiadomości jeszcze wracamy, chcąc sobie przypomnieć, o co chodziło czy kto uczestniczył. Po jakimś czasie jednak nieodwracalnie robi się z tego śmieć informacyjny bez znaczenia, degradujący się (moralnie) w jakimś archiwum, skąd też kiedyś zniknie i wtedy już bezpowrotnie.

Wracając jeszcze na chwilę do odpadów – są też tacy, którzy nie bez racji uważają, że pośród odpadów kryją się rzeczy całkiem jeszcze wartościowe, tylko giną one w zalewie całej tej masy, a cała sztuka w tym, by je odnaleźć. Najlepszym na to dowodem są liczni przeszukiwacze śmieci, którym ułatwiam nawet ich zajęcie, co jakiś czas zostawiając, w stałym miejscu, paczki z makulaturą. Z pewnością jednak ci przeszukiwacze nie znajdują wszystkiego, co można, a pośród tego, co zostaje, są zapewne i rzeczy – z ich punktu widzenia – wartościowe. Pewnym rozwiązaniem miała tu być segregacja, którą dość łatwo przeprowadzić na początku, ale nie bez dodatkowego wysiłku i środków (miejsca na selektywne zbieranie i taki transport). No, można też robić selekcję, przeglądając wszystko ponownie, co jest skuteczne, ale kosztowne. Przekonały się o tym firmy, które zainwestowały sporo w maszynerię konieczną do skutecznego procesu selekcji odpadów i... odpadły w przetargach, bo przecież znacznie taniej jest wywozić na wysypiska.

Odnajdywanie – mówiąc podniośle – ziarna pośród plew czy – bardziej technicznie – rozdział sygnału od szumów nie jest niczym nowym, ale w całkiem nowym świetle jawi się w kontekście coraz bardziej modnego zagadnienia Big Data. Liczne analogie z odpadami można tu snuć godzinami. Co do istoty, co do podejścia, co do kosztów i – co do efektów. Krążą legendy o tym, co podobno temu i tamtemu udało się już znaleźć, ale jak na razie dużo w tym hałasu i wygórowanych oczekiwań, a mało systematyki, modelowego podejścia i konkretów.

No i razi jeszcze jedno: niby jesteśmy fachowcami, z angielskim (i nie tylko) za pan brat, a tu niczym w jakiejś szkółce dla początkujących spolszczamy sobie termin „big data”, robiąc z niego rzeczownik rodzaju żeńskiego i w liczbie pojedynczej („ta bigdata”), i – kuriozalnie – z czegoś, czego ma być szczególnie dużo, robi się zaledwie jedno. A przecież w angielskim – za łaciną – „data” to liczba mnoga od „datum”.


TOP 200