Skrzeczenie poniżej dna

Jak to szło u Wyspiańskiego? - "...tak by się nam serce śmiało/ do ogromnych, wielkich rzeczy/ a tu pospolitość skrzeczy". I zaskrzeczała kolejny raz. I któryś kolejny już raz za sprawą tak, wydawałoby się, banalną, jak kalendarz. A ściślej - kalendarzowy rachunek czasu, czyli taki, dla którego najmniejszą jednostką jest doba.

W tym roku poszło o 29 lutego, którego zabrakło w kalendarzach licznych systemów informatycznych. Tak licznych, że graniczyło to z epidemią. Kwestia ta dotknęła administracji państwowej różnych szczebli, banków, przemysłu i handlu. Ostatnie dwie z wymienionych branż miały to szczęście, że sprawę dało się zamknąć wewnątrz. Nie udało się to w bankach i administracji, bo odezwali się niezadowoleni klienci i interesanci.

A dodatkowo rozzłościły ich reakcje tych instytucji na - całkiem zasadne - pretensje. Tu zaś właściwi rzecznicy udawali, że nic się nie stało, bo przecież samochód, którego nie dało się zarejestrować dzisiaj, można zarejestrować jutro, a odsetki od jakiejś tam lokaty należne za jeden dzień to przecież tak niewiele... Gdy tu i tam zaczęto jednak przepraszać - było już, jak zwykle, za późno.

Zadziwiające było też, graniczące z arogancją, stanowisko samych twórców programów. Z rozmów z nimi można było odnieść wrażenie, że prawdziwy problem z datą to mieliście wy, starzy, sprowadzając na siebie problem roku 2000. A teraz - o co chodzi? O jakiś jeden dzień? Przecież to tylko trochę więcej niż ćwiartka procenta całego roku, a jak ją odnieść do czterech lat, toż to sprawa w ogóle pomijalna i po co psuć sobie eleganckie programy jakimiś wyjątkami? I kto by tam czytał jakieś ramoty twierdzące, że w ciągu jednego dnia (Sołżenicyn) czy doby (Zweig) w tzw. życiu naprawdę wiele może się wydarzyć.

Jednym słowem - ma być łatwo i miło. Więc upraszczajmy sobie sprawy i nie twórzmy problemów z dniem plączącym się po kalendarzach raz na cztery lata.

Na tym jednak upraszczania nie koniec. W początkach naszej informatyki długo dobieraliśmy polskie odpowiedniki angielskich terminów. Niektóre wybory były nawet przedmiotem dyskusji i polemik. I tak to szło, aż pojawiły się komputery osobiste. Wtedy to ruszył żywioł terminologiczny, nad którym nikt już nie panował.

Dalszy swoisty "postęp" przyniosły lata 90., kiedy to "chęć szczera" z każdego mogła zrobić dziennikarza, który znał się na wszystkim. Specjalistę, dla którego jedynym, znanym z przyspieszonego kursu, znaczeniem słowa "engine" (mechanizm) był "silnik". Stąd mamy w obiegu ten - tyleż nieszczęsny, co absurdalny - "silnik bazy danych". Albo "industry" tłumaczone zawsze jako "przemysł", bo o tym, że "industry" może znaczyć również "branża", mało kto słyszał.

Wydawało się, że gorzej być już nie może, ale pojawiły się automaty tłumaczące. Pół biedy, jak ktoś automatem takim potraktuje list od cioci. Teraz, zdaje się, sięgają do nich również i twórcy oprogramowania, bo trzeba szybko i nie warto się męczyć. Miałem ostatnio w rękach jeden z nowych tabletów. A tam był sobie kalkulator. Obok klawisza HEX (liczenie w trybie szesnastkowym) miał on również tajemnicze klawisze "PAŹ" i "GRU". Jak się okazało, pierwszy służył do przechodzenia w tryb ósemkowy, drugi - w dziesiętny. Dlaczego tak? Bo angielskie skróty OCT (od OCTal) i DEC (od DECimal) jakiś automat potraktował jako skróty nazw miesięcy (od OCTober i DECember), no i przełożył na polskie odpowiedniki, czyli "PAŹ." i "GRU". A idzie tu przecież o produkt powielany i sprzedawany w tysiącach egzemplarzy!

Żeby nie było, że czepiam się jednostkowego problemu: próbowałem niedawno wydrukować coś na nowiuteńkiej drukarce pewnego znanego producenta. Ta zaś drukowała, ale traktowała mnie na swym ekranie co i raz ostrzeżeniem "KRÓTKI PAPIER". Dłuższej chwili potrzebowałem, żeby skonstatować, że to jest tłumaczenie (znowu automat?) od "Short of paper", czyli "Brak papieru".

Jak to pisał kiedyś niezapomniany Stanisław Jerzy Lec: "Kiedy znalazłem się na dnie, usłyszałem pukanie od spodu".

No właśnie.


TOP 200