Samochód jak malowany

Producenci samochodów marzą o wytwarzaniu samochodów dokładnie na życzenie klientów, co więcej, na życzenie wyrażone przez Internet.

Producenci samochodów marzą o wytwarzaniu samochodów dokładnie na życzenie klientów, co więcej, na życzenie wyrażone przez Internet.

Michael Dell, mistrz budowy komputerów na zamówienie online, jest najchętniej zapraszanym i słuchanym człowiekiem w środowisku wielkich producentów samochodów. Podpatrują go, podpytują i rozważają, jak jego doświadczenia zastosować w swojej branży. Marzy im się samochód konfigurowany przez klientów - od dekli, poprzez fotele, aż do silnika, zamówienie przesyłane przez Internet i dostawa z fabryki do klienta, bez konieczności parkowania u pośrednika. Wszystko to powinno zająć 10 dni. Realne?

Indywidualizacja auta wartego 50 tys. USD jest dużo trudniejsza niż kosztującego 1200 USD komputera osobistego. Dell ma 25 poddostawców, a Ford - aż 900. Samochód byłby u klienta o cztery tygodnie szybciej, ale musiałby kosztować drożej. Czy klienci zechcą zapłacić więcej? Większość specjalistów twierdzi, że nie, ponieważ etos Internetu nakazuje kupować w nim taniej, a nie drożej (jednak), bez względu na inne okoliczności. Innymi słowy, producenci musieliby osiągnąć zarazem dwa cele: dostarczać szybciej i za niższą cenę niż u swoich dilerów. Ponadto budowa samochodów na internetowe zamówienie wymaga złamania wielu zasad "szczupłego zarządzania", a nawet Just-in-Time. "Trzeba utrzymywać pełne magazyny części i podzespołów, aby być elastycznym i wyprodukować każde auto zdefiniowane przez klienta" - twierdzą specjaliści z A. T. Kearney, poproszeni przez przedstawicieli branży o poradę. Czyżby Internet zapowiadał koniec epoki, trwającej dwie dekady, panowania zasady "dokładnie na czas, dokładnie w takiej ilości, jak trzeba"? Może, ale nie od razu, bo nikt nie wie, jak miałby wyglądać nowy model biznesu. W Europie w połowie lat 90. rozpoczęto stosować Internet w pozyskiwaniu zamówień od klientów i produkowania według ich życzeń. Celem tych działań była jednak oszczędność w wydatkach handlowych, a nie zaprzeczenie starym, sprawdzonym zasadom produkcji.

Są jednak i poważne argumenty, dla których warto się zastanowić, czy jednak nie spróbować zainwestować w nowy model biznesu. Najważniejszy dotyczy ciągle nietrafnego, a więc kosztownego prognozowania popytu zarówno przez wytwórców, jak i ich przedstawicieli handlowych. Producenci od dziesięcioleci szacują popyt na podstawie danych historycznych, na tej podstawie planują, ile wyprodukują których modeli, w jakim kolorze, w jakich opcjach i wariantach. Potem wysyłają te auta do dilerów, którzy zamawiają je zgodnie z własnymi wyobrażeniami o popycie. Jedni i drudzy zawsze mocno się mylą. W efekcie na placach stoi taka liczba aut, która równa się dwumiesięcznej sprzedaży. A to oznacza 60 mld USD zamrożonych w gotowych produktach. Czasem prognozy jeszcze bardziej odbiegają od rzeczywistości, na przykład gdy wprowadzany jest nowy model, wówczas dilerzy muszą stosować różne upusty, rabaty i pożyczki, aby sprzedać to, co mają na stanie i zysk jest jeszcze mniejszy.

Mimo kłopotów z prognozowaniem i silnego pragnienia, aby znaleźć się w klubie najnowocześniejszych sieciowych producentów, branża motoryzacyjna na razie szuka mniej ambitnych rozwiązań swoich problemów z szybkim i zyskownym zbywaniem samochodów. Uruchomiła kilka pilotażowych programów, które zamiast oferty produkcji na indywidualne zamówienie proponują poszukiwanie pożądanego samochodu wśród już wyprodukowanych, ale nie znajdujących się u dilera, do którego zgłosił się klient. Zdaniem producentów, 90% samochodów poszukiwanych przez konsumentów stoi już na jakichś parkingach, trzeba je tylko znaleźć. Może się zatem okazać, że szybciej można znaleźć zdefiniowane przez konsumenta auto niż je wyprodukować. Na razie więc celem producentów jest zmobilizowanie dilerów w wybranych regionach, aby klientom pokazywali w sieci całą ofertę wspólnie, choć transakcja zostanie zawarta u tego, u którego realnie jest samochód. Toyota realizuje w taki sposób 7% swojej sprzedaży. Program "znajdź na zamówienie" nie narusza w żaden sposób modelu produkcji. Jest więc rozwiązaniem połowicznym. A może właśnie nie? Może nie powinniśmy na siłę szukać zastosowań Internetu tam, gdzie nie jest on konieczny? Nowoczesność polega również na powstrzymaniu się od nowości tam, gdzie funkcjonują sprawdzone rozwiązania.