Rzut robotem albo dzień na Targach IFA 2013

Wieczór, koniec dnia targowego, leżący naprzeciw terenów targowych berliński Centralny Dworzec Autobusowy. Porządek musi być, więc tablica odjazdów, pośród wielu innych, ukazuje cztery kursy do miejscowości Samsung, wszystkie o tej samej godzinie, ale każdy z innego peronu.

Dopiero z zapowiedzi megafonowej wynika, że to kursy specjalne, zamówione przez firmę „zamzung”, każdy do innego hotelu w Berlinie. Autobusy odwożą na odpoczynek i noclegi personel targowy tej firmy. Cztery autobusy to prawie 200 osób i tyle pewnie potrzeba, by obsłużyć olbrzymią, jedną z największych na targach, halę. Świadczy to też o skali wydarzenia, bo podobnej wielkości hale mają tam wszyscy wielcy w branży, a są przecież jeszcze setki średnich i tysiące małych.

Przebojem tegorocznych Targów IFA miały być „mądre” zegarki – i chyba były, bo docisnąć się do nich było trudno (może dlatego że ludzie są wielcy, a zegarki, jak to zegarki – małe). Jeszcze przed targami o zegarkach tych napisał niefortunnie ktoś u nas, że mają baterię działającą „nawet do dwunastu godzin”, co musiało skutkować lawiną komentarzy, że nawet sprężynowe zegarki dziadków działały dłużej na jednym nakręceniu.

Gdy w końcu udało mi się dopaść taki zegarek, i to ten uważany tam za najmądrzejszy, nie bardzo wiedziałem, co zrobić, by ożywić jego czarny ekran. Nie lubię, jak mawia młodzież, „mizianych” ekranów, więc nie mam takiego odruchu, ale, nie bez oporu mentalnego, przeciągnąłem jednak palcem po ekranie zegarka. Efektem było kilka kwadratów z napisami. Dotknąłem tego z „Messages”, czego wynikiem był sensowny komunikat: „No messages available”. Próba na tym się jednak skończyła, bo zegarek przestał reagować na moje gesty i zabiegi, tak pieszczotliwe jak i bardziej zdecydowane. Odłożyłem go więc ze zrozumieniem – miał prawo być zmęczony po całodziennej służbie, a było już bardzo późno, targowy dzień właśnie się kończył i w drzwiach hali pojawiały się zawory jednokierunkowe na ludzi, czyli ochroniarze.

Wcześniej tego samego dnia, bo koło południa, w szczelnie wypełnionej sali Centrum Prasowego Targów wystąpił Colin Angle, jeden z założycieli firmy iRobot, której kilkanaście milionów automatycznych odkurzaczy krąży bezustannie w poszukiwaniu kurzu i brudu po mieszkaniach całego świata. Gdyby streścić Colina w jednym zdaniu, wyszłaby odezwa do wszystkich budowniczych robotów: nie budujcie maszyn człekopodobnych, to niczego nie daje, a znakomicie utrudnia zadanie. Nie obyło się jednak bez momentów dramatycznych – w trakcie swego wystąpienia Colin pieszczotliwie wręcz trzymał w objęciach małego robota na gąsienicach. I w którymś momencie zamachnął się i biedny mały PackBot (bo tak się on nazywa) przeleciał w powietrzu kilkanaście metrów wzdłuż estrady, odbił się od niej kilka razy i spadł na podłogę sali, i to jeszcze gąsienicami do góry. Po chwili jednak stanął na nich i dokonał niemożliwego – wdrapał się ponownie na estradę, pokonując po drodze schodki o stopniach wyższych niż długość jego gąsienic!

Tegoroczne IFA miały i swój własny epizod informatyczny, i to jeszcze przed rozpoczęciem. Dowiódł on, jak serio wszystko tam się traktuje i poddaje próbom na długo przed właściwą imprezą. Jak co roku bilet targowy kupiłem bezpośrednio, przez internet (za 12 euro, a nie za prawie 50, jak chcieli niektórzy pośrednicy w Polsce) i zaraz zwrotnie dostałem imienny bilet do wydrukowania. Na kilka jednak dni przed targami przyszła wiadomość, że testy wykazały, że niektóre bilety mogą mieć niewłaściwe kody, więc – dla pewności i uniknięcia kłopotów przy wejściu – wszystkim wysłano nowe bilety.

Pośród dziesiątek tysięcy odwiedzających z zagranicy, którymi szczyciła się tegoroczna IFA, znaczącą grupę stanowili goście z Polski. Chwilami i miejscami można było niemal czuć się jak w domu, o czym co i rusz dawało znać dobiegające zewsząd najpopularniejsze słowo naszego języka, wymawiane to z połkniętym, to z wibrującym przeciągle środkowym „r”.


TOP 200