Rok wyborów, rok cudów

W kampaniach wyborczych można obiecywać "złote góry". Co tym razem zadeklarują partie polityczne przed przyszłorocznymi wyborami do Sejmu i Senatu w zakresie rozwoju społeczeństwa informacyjnego?

W kampaniach wyborczych można obiecywać "złote góry". Co tym razem zadeklarują partie polityczne przed przyszłorocznymi wyborami do Sejmu i Senatu w zakresie rozwoju społeczeństwa informacyjnego?

Sprawy rozwoju społeczeństwa informacyjnego, w tym elektronicznej administracji, na pozór nie wydają się nośnym hasłem wyborczym. Wystarczy jednak inaczej postawić akcenty lub użyć innego sformułowania, by uczynić z tych kwestii skuteczną broń. Słowem - kluczem stanie się zapewne "nasz drogi Internet", wrogiem zostanie okrzyczany Microsoft, zaś na lokalnym podwórku każda firma informatyczna, której akurat trafiło się wygrać przetarg na system informatyczny w sektorze publicznym. W arsenale wyborczym znajdą się również protesty przeciwko patentowaniu oprogramowania, zachwyty nad open source oraz plany, jak za europejskie pieniądze naprawić świat (za oknem).

Punktem wyjścia do snucia nowych obietnic staną się obecne dokumenty rządowe i zobowiązania ustawowe, np. dotyczące wprowadzenia do połowy 2006 r. podpisu elektronicznego w relacjach urząd - obywatel. Nade wszystko ważne będzie ustalenie, kto tym będzie rządził. Słowem, czy za informatyzacją idą władza i pieniądze. Bo jeśli tylko obowiązki, to możemy włożyć między bajki każdą obietnicę polityków.

Władzy dla ministra od informatyzacji!

"Cenimy sobie działalność pana prof. Michała Kleibera, ale usytuowanie działu informatyzacji przy słabym w każdym rządzie ministrze nauki nie na wiele się zdaje" - twierdzi Ludwik Dorn, przewodniczący Klubu Parlamentarnego Prawo i Sprawiedliwość. Jego zdaniem najlepiej byłoby powołać rządową agencję na wzór francuskiej Agencji Rozwoju Elektronicznej Administracji i podporządkować ją bezpośrednio premierowi, który stałby się odpowiedzialny za dział informatyzacji. Najprawdopodobniej zostałby powołany specjalny sekretarz stanu, który bezpośrednio prowadziłby sprawy tego działu. O podobnym usytuowaniu myśli również Platforma Obywatelska.

Taka wysoka ranga zapobiegłaby dotychczasowemu ignorowaniu działalności Ministerstwa Nauki i Informatyzacji przez silniejsze resorty, np. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Przykładowo wiceminister Leszek Ciećwierz bez oglądania się na resort nauki i informatyzacji zaczął tworzyć - wespół z Ministerstwem Finansów - Rządowe Centrum Teleinformatyczne. W dawnym ośrodku szkoleniowym MSWiA w Świdrze pod Warszawą ma zostać zaadaptowany budynek pod to centrum, do którego przeniesione zostaną rejestry PESEL, CEPiK i projektowane e-Podatki. To racjonalna decyzja, ale obnaża ona kompletny brak decyzyjności po stronie Ministerstwa Nauki i Informatyzacji.

Podstawowe cele

Jakie byłoby pierwsze zadanie dla nowej agencji rządowej vel nowego sekretarza stanu? Ludwik Dorn wskazuje na przeprowadzenie audytu informatyzacyjnego, czyli sprawdzenie, w jakim stopniu przebiegają prace nad poszczególnymi systemami informatycznymi z CEPiK i KSI ZUS na czele. Gwoli wyjaśnienia taki audyt przewiduje projekt Ustawy o informatyzacji. Tyle że nawet najstarsi górale nie wiedzą, kiedy posłowie zakończą nad nią prace. Na razie trwa dyskusja, w jaki sposób ujednolić terminy występujące w tej ustawie we wszystkich aktach prawnych.

Wciąż czeka też na rozstrzygnięcie kwestia zastosowania podpisu elektronicznego przy przesyłaniu dokumentów elektronicznych do ZUS-u. Rząd opowiada się za stosowaniem bezpiecznego podpisu elektronicznego w rozumieniu ustawy o podpisie elektronicznym, co spotka się zapewne z ostrą krytyką ze strony Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Ta domaga się nowelizacji tej ustawy i dopuszczenia do stosowania w relacjach urząd - obywatel i przedsiębiorca niekwalifikowanego e-podpisu.

Modele scentralizowane

Zarys stanowiska swojej partii wobec informatyzacji Ludwik Dorn przedstawił na konferencji o katastrze Grupy Roboczej PiS Społeczeństwo informacyjne prowadzonej przez Piotra Piętaka. W jej skład wchodzą: prof. Józef Oleński, wybitny specjalista w dziedzinie rejestrów państwowych, dr Agnieszka Pawłowska z UMSC, dr Wojciech Wiewiórowski, dr Andrzej Wilk i Paweł Waliszewski. I jak to zwykle bywa opinia publiczna dowiedziała się z tego spotkania tylko jednego, że Prawo i Sprawiedliwość nie chce, aby "Polska stała się kolonią Microsoftu". To są właśnie wspomniane słowa - wytrychy, którymi żywią się media i politycy szukający łatwych sposobów na zdobycie poklasku wśród wyborców. Na tej konferencji padły również o wiele mocniejsze słowa, które można zadedykować wszystkim zainteresowanym informatyzacją.

W ocenie prof. Józefa Oleńskiego informatyzacja ma na celu uproszczenie i usprawnienie procedur administracyjnych. I pod tym względem należy rozpatrywać pożytki z działania rejestrów osób, podmiotów oraz rejestrów terytorialnych tworzących infrastrukturę informacyjną państwa. Modelem idealnym jest funkcjonowanie zintegrowanej struktury informacyjnej pod każdym względem: i funkcjonalnej, i organizacyjnej, która ma zminimalizować redundancję. Skandynawowie postawili na centralną koordynację infrastruktury informacyjnej państwa. Trzy ogólnokrajowe rejestry wielofunkcyjne (osób, podmiotów, terenu) są podstawą systemów informacyjnych sektora publicznego. Siłą rzeczy ustanowiono obligatoryjną wymianę informacji między systemami. Francuzi zdecydowali się, żeby ogólnokrajowe rejestry spełniały tylko funkcje identyfikacyjną i klasyfikacyjną. Wymiana między nimi następuje wyłącznie w chwili zaistnienia takiej potrzeby.

Polskie rozproszenie

Natomiast model polski oznacza autonomizację i dezintegrację, czyli tworzenie w każdym resorcie własnego, niezależnego środowiska informacyjnego i informatycznego. Skutkuje to ekstremalną redundancją oraz niską jakością danych. W takim razie, czy warto tworzyć uniwersalny system informacyjny (np. katastralny), czy też postawić na model francuski z właściwym podziałem obowiązków między samorządem a rządem?

"Prawo powinno określać minimum. Niewiele należy do funkcji państwa" - głosi ekspert PiS, co wprowadza pewien dysonans między jego zdaniem a wypowiedziami czołowych polityków tej partii, zwolenników silnego centrum i państwa.

W ślad za tym padają znamienne słowa, które mogą stać się bardzo ciekawym hasłem wyborczym: "W Polsce rynek nieruchomości nie daje podstaw do taksacji na podstawie rynkowej wartości nieruchomości". Jak wielokrotnie pisaliśmy na łamach Computerworld, zintegrowany system katastralny ma przygotować rynek do wprowadzenia podatku od wartości nieruchomości. Tymczasem prof. Józef Oleński twierdzi, że na świecie odchodzi się od podatków od nieruchomości (majątkowych) na rzecz podatków od transakcji. Co to oznacza? Że nie trzeba budować wyrafinowanych rejestrów nieruchomości, zaś uaktualnianie danych następuje w chwili kupna/sprzedaży.

Szkoda, że tak ciekawe pomysły wypowiadają eksperci, zaś politycy idący po władzę widzą świat informatyki wyłącznie przez pryzmat systemu operacyjnego we własnym komputerze.


TOP 200