Pytania bez odpowiedzi Problemy bez rozwiązań

VI Forum Firm Informatycznych w Łańsku (27-29 maja) zapowiadało się jako jedno z najważniejszych dla przyszłości polskiego biznesu informatycznego spotkań. Decydowała o tym nie tylko tematyka seminariów: polityka państwa w stosunku do prywatnego biznesu, szanse i zagrożenia rynku informatycznego w Polsce i Europie, problemy związane z wprowadzeniem VAT, cła, kontyngenty, podział ról stowarzyszeń środowiskowych, powołanie Rady ds. Informatyki, jako organu rządowego i określenie jego roli. Istotniejsza była nadzieja na przybycie do Łańska osób dostatecznie kompetentnych, w tym członków rządu, aby nie tylko wysłuchać głosów środowiska, ale wypracować choćby najbardziej wstępny zarys polityki w odniesieniu do tej branży.

VI Forum Firm Informatycznych w Łańsku (27-29 maja) zapowiadało się jako jedno z najważniejszych dla przyszłości polskiego biznesu informatycznego spotkań. Decydowała o tym nie tylko tematyka seminariów: polityka państwa w stosunku do prywatnego biznesu, szanse i zagrożenia rynku informatycznego w Polsce i Europie, problemy związane z wprowadzeniem VAT, cła, kontyngenty, podział ról stowarzyszeń środowiskowych, powołanie Rady ds. Informatyki, jako organu rządowego i określenie jego roli. Istotniejsza była nadzieja na przybycie do Łańska osób dostatecznie kompetentnych, w tym członków rządu, aby nie tylko wysłuchać głosów środowiska, ale wypracować choćby najbardziej wstępny zarys polityki w odniesieniu do tej branży.

Usprawiedliwione okoliczności czy arogancja?

Zbieżności w czasie z kryzysem gabinetowo-parlamentarnym nikt nie mógł oczywiście przewidzieć. Bardziej niepokojące jest jednak to, że osoby, które przybyły w zastępstwie oficjalnie zaproszonych, reprezentowały żenujący brak jakiejkowiek znajomości branży i rynku informatycznego. Ich dialog z salą (na której, bądź co bądź, zasiadali ludzie reprezentujący kapitał wart łącznie w samej Polsce ok.1 bln zł), przypominał momentami rozmowę gęsi z prosięciem. Najdalej posunęło Ministerstwo Finansów, które - mimo wielokrotnych wcześniejszych potwierdzeń - nie przysłało do Łańska nikogo. Uznało tym samym za całkowicie zbyteczne poinformowanie firm komputerowych o stanie prac nad aktami wykonawczymi do VAT oraz o tym, z czym muszą się one liczyć po jego wprowadzeniu i w jaki sposób powinny się przygotować.

Łańsk w całej rozciągłości uzmysłowił, że w takich resortach jak: urząd Ministra ds. Przedsiębiorczości, GUC, Ministerstwo Finansów, a także Współpracy Gopodarczej z Zagranicą (o czym świadczą choćby wypowiedzi jego wiceministra - CW nr 22/1993) nie tylko brakuje fachowców, znających dziedzinę, reprezentującą najnowszą obecnie technologię, ale w istocie dziedzina ta jest nieobecna w pracach tych ministerstw.

Okoliczności te skłoniły to niektórych uczestników Forum do skrajnego pesymizmu. Tym bardziej, że ostatnie akty "interwencjonizmu państwa" w tej branży (np. kontyngenty, czy szaleńcze pomysły abolicji kradzieży oprogramowania), potwierdzają tezę o zupełnym braku przygotowania organów państwowych do podejmowania właściwych decyzji. Padały więc głosy, że za dwa, trzy lata nie znajdą miejsca na polskim rynku rodzime firmy software'owe, że w obszarze obrotu nie będzie już pola do działania dla nikogo, za czyimi plecami nie stoi potężny kapitał zachodniego dystrybutora, nie mówiąc już o odnowie jakiegokolwiek przemysłu informatycznego i o włączeniu się w wyścig technologii i jakości.

Z czym do gości?

Trudno się pojawieniu takim głosom, skoro przedstawicielka ministra ds. promocji przedsiębiorczości mogła poinformować uczestników Forum jedynie o tym, że po długich i żmudnych pracach przygotowany został raport dla Rady Ministrów, definiujący politykę w tym względzie. Oczywiście informatyka nie została w nim uwzględniona w żaden sposób. Gdy przyszło do konkretów, okazało się, że nawet uzyskanie gwarancji rządowych dla tych kredytów, finansujących nowe inicjatywy gospodarcze, którym analiza ekonomiczna wróży sukces, może się okazać niewystarczjące. Ostateczne decyzje będą bowiem i tak podejmować banki. Te zaś, oprócz gwarancji rządowych, mogą żądać czegoś bardziej wymiernego np. zabezpieczenia w postaci hipotecznej lub lokat.

Generalnie więc, talenty polskich programistów mają większe szanse na nabijanie kiesy obcym firmom. Kogóż bowiem w kraju stać będzie na finansowanie trwających często dwa- trzy lata prac, nie mówiąc już o potrzebnych do tego narzędziach, kosztach weryfikacji i marketingu. Przy takim podejściu wydaje się, że nawet lokalizacja wymknie się z polskich rąk, a w każdym razie znaczną część dochodu z jej tytułu przejmą inni.

GUC z kolei uznał za stosowne przysłać do Łańska swą rzeczniczkę prasową. Po jej wystąpieniu poważni i mający często na swoim koncie niemały dorobek intelektualny uczestnicy Forum, (nie mówiąc już o płaconych przez nich podatkach) poczuli się jak banda dobrze zorganizowanych przemytników. Przedstawicielka celników powiedziała, iż GUC właśnie dostał dodatkowe etaty, aby ich dopaść. Podejście do tematu okazało się na tyle śmieszne, że nawet nie sposób było się obrazić.

GUC jest jedynie wykonawcą polityki celnej, wykuwanej w innych resortach - stwierdziła Pani rzecznik - i nie może za nią opowiadać. Przyznała jednak, iż istnieje np. powielaczowe zarządzenie prezesa tej instytucji, zgodnie z którym celnikom nie wolno uwzględniać upustów od cen, o ile są one wyższe niż 5 proc. Zarządzenie wysmażono wprawdzie z myślą o importerach benzyny, którzy sprowadzali ją za wyjątkowo niską cenę i których posądzano o sztuczne zniżanie faktur, bądź wręcz ich fałszowanie. Okazało się wprawdzie potem, że nikt faktur nie fałszował, benzyna była rzeczywiście tania, bo przez lata traciła oktany w magazynach wojskowych, ale zarządzenie pozostało. Okazało się także, że GUC nie prowadzi żadnej analizy komputerowego rynku i nie zna wahań cen, występujących na nim produktów. Wszystko rozstrzyga się na granicy, a głównym źródłem informacji pozostaje sufit i "intuicja" celników. Na temat przygotowywanego projektu zmian taryfy celnej przedstawiciel GUC nie miał zebranym nic do powiedzenia.

Wielki ser w pułapce na myszy

Rozmowy na serio mogły się więc rozpocząć dopiero w chwili, gdy przedstawiciele branży znaleźli się we własnym gronie, a jedynym człowiekiem, związanym z kręgami decydenckimi, pozostał dyrektor biura ds. informatyki URM - Andrzej Florczyk. W tej sytuacji trudno mu było ograniczyć się do roli, jaką formalnie pełni (por. wywiad dla CW nr 22/1993), czyli nabywcy systemów dla potrzeb administracji. Podczas Forum chciał on uzyskać przede wszystkim poparcie dla idei powołania Rady ds. Informatyki, jako wyposażonego w znaczące kompetencje organu rządowego, który byłby - jak powiedział - "partnerem strony rynkowej". Przed państwem stoi zadanie połączenia rozproszonych systemów w jedną wspólną sieć. Problem nie sprowadza się oczywiście tylko do jednego standardu transmisji danych. Chodzi o rzecz znacznie poważniejszą: by podstawowe dla funkcjonowania państwa i gospodarki rejestry: ludności (karty tożsamości, paszporty), gruntów i nieruchomości, podmiotów gospodarczych nie powstawały niezależnie i nieskordynowanie, aby w podobny sposób nie informatyzowano poszczególnych resortów i służb publicznych (policja, służby celne, oświata, itp).

Andrzej Florczyk optował więc za jednolitym projektem informatyzacji państwa, którego wdrażanie trwałoby 5-15 lat, a podstawą stałby się model informacyjny, definiujący zakres informacji, jej obieg, dostępność do danych i gwarancje bezpieczeństwa. Głównym argumentem, przemawiającym za takim rozwiązaniem, byłaby przede wszystkim racjonalizacja kosztów. Problem jednak w tym, że takiego projektu dziś nie ma komu przygotować - powiedział A. Florczyk. Trzeba wcześniej zmienić programy nauczania i wykształcić kadrę projektantów systemów informatycznych.

W kontekście tego co działo się wcześniej i wskazywało raczej na kompletny brak zainteresowania organów rządowych biznesem komputerowym w Polsce, zgłoszony plan w skali makro wywołał wśród zebranych pewną konsternację. Koncepcja swoistego zamrożenia realizowanych obecnie wycinkowych projektów w administracji (zwłaszcza na szczeblu resortów) do czasu powstania koncepcji generalnej zawęziłaby rynek. Można by oczywiście ten czas twórczo wykorzystać na stworzenie zaplecza kadrowego i wprzęgnięcie polskich firm w przygotowanie projektów systemów i oprogramowania. Powstaje jednak pytanie: kto miałby to sfinansować i w jaki sposób. Już dziś - powiedział przedstawiciel Zeto-Rodan - aby wystartować w przetargu na system dla PKP, trzeba wyłożyć na stół 700 mln zł na prace przygotowawcze, bez żadnej gwarancji na ich odzyskanie. Jeżeli więc polskie firmy miałyby poprzeć koncepcję, na której potencjalnie można - jak powiedział inny uczestnik dyskusji - "zrobić kasę", należałoby jasno określić reguły gry. Wiele firm wyspecjalizowało się w określonych dziedzinach. Projekt taki powinien więc uwzględniać istniejący już dorobek.

W sumie jednak problem został jedynie zasygnalizowany. Dyskusję nad tą zasadniczą - jak się wydaje - sprawą przerwano w połowie i niestety - mimo zapowiedzi - nie powrócono do niej więcej. Być może pośrednią tego przyczyną były wieści z Warszawy i poczucie wielu uczestników Forum, że sprawy natury zasadniczej zostały zawieszone na czas nieokreślony.

Uczestnicząca w Forum pani Easter Dyson usiłowała tchnąć w uczestników trochę optymizmu. Stwierdziła, iż potencjalny rynek krajów Europy Wschodniej możliwy będzie do penetrowania przez zachodnich gigantów komputerowych, tylko wówczas, gdy poważnie zaangażują się tu kapitałowo i wesprą lokalne struktury informatycznego biznesu. Nie będą chować pod korcem ani high technology, ani wiedzy o projektowaniu dużych przedsięwzięć informatyczych. Macie szansę pójść "na skróty" - powiedziała - bowiem inni już wcześniej przeszli

drogą prób i błędów.

Na rozdrożu

Wszystko więc w czasie Forum wskazywało na to, że zrodzony z handlu PC-tami polski biznes komputerowy stoi przed nie lada dylematem. Albo zdoła się wykreować na zintegrowaną grupę interesów, zdolną zmusić zarówno decydentów, dużych użytkowników, jak i zachodnich konkurentów do respektowania wypracowanych wspólnie zasad; albo nadal rozproszone, pozbawione dostatecznego zaplecza kapitałowego, lekceważone przy doraźnych rozwiązaniach polskie firmy, nie zdołają wykorzystać swego wcale niemałego dziś, choć rozproszonego potencjału i nie wpiszą się na listę współtwórców poważnych systemów informatycznych w Polsce.

W przypadku tego drugiego wariantu, konsekwencje będą poważne nie tylko dla środowiska, ale przede wszystkim dla gospodarki. Wszędzie na świecie nawet te kraje, które bynajmniej nie aspirują do roli kreatorów technologii komputerowej, znalazły formy, dzięki którym znaczna część dochodu narodowego, zwłaszcza "przejadanego" następnie przez budżet na implementacje systemów komputerowych, wytwarzana jest przez macierzysty biznes i przemysł informatyczny.

Nic dziwnego, że w tym kontekście, a zwłaszcza w obliczu sytuacji politycznej Forum kończyło dramatyczne wystąpienie prezesa Stowarzyszenia PRO - Romana Dolczewskiego. Perspektywa wyduszenia z polskiej gospodarki ok. 40 bln zł na roszczenia płacowe oznacza, że pieniędzy tych będzie się szukać u polskich prywatnych przedsiębiorców. Zamiast zasilenia kapitałowego można więc oczekiwać raczej dalszych restrykcji podatkowych lub innych form ściągnięcia tych pieniędzy. A to może juź podkopać korzenie polskiego prywatnego biznesu.

Tak więc mimo, iż po Łańsku lista problemów, na które nie znaleziono recepty, jest równie długa, jak przed Forum to zebrane razem i wyartykułowane zyskały na powadze. Na ile problemy te staną się wspólne dla całego środowiska zależeć będzie od tego, czy liczne już dziś organizacje samorządowe środowiska zdołają wypracować jednolitą linię postępowania.