Pull up!

Z opóźnieniem niejakim, ale jeszcze w granicach przyzwoitości, odnotowuję, że nastał nam rok nowy, a skoro trwamy nadal, znaczy - nie udał się koniec świata, przewidywany na koniec roku właśnie minionego.

Podczas gdy jedni, angażując wielkie moce obliczeniowe (a może tylko umysłowe?), próbują wyznaczyć kolejną datę końca świata, inni zarzucają nas proroctwami na temat roku, który właśnie się zaczął. A są pośród nich nawet tacy, którzy prorokują tak od lat i uważają, że zawsze mają ponad 80% trafień.

Nie chce mi się bawić w podobne gdybania, gdyż wszystkie, albo prawie wszystkie opinie dotyczące rzeczywistości, a więc społeczeństw, gospodarki i kultury, wydają mi się nie tylko od tej rzeczywistości oderwane, ale i przebrzmiałe. Te mierniki, procenty, wskaźniki, kursy i wartości, dzielnie i nieustannie wypluwane przez niestrudzone komputery, cały ten rzekomy porządek wydaje się passe i mieć coraz mniejsze znaczenie. Zastępy całe świeżych adeptów, zaimpregnowanych na rozmaitych uczelniach jedynie słusznymi poglądami, powtarzają bez umiaru różne mantry, np. tę o budowaniu przewagi konkurencyjnej. A wszystko, co im się z tym kojarzy, to ordynarne wydzieranie innym, gdzie wszystkie chwyty, łącznie z tymi poniżej pasa, są nie tylko dozwolone, ale wręcz dobrze widziane i nagradzane.

A gdy dodają do tego jeszcze coś o niewidzialnej ręce rynku, to już tylko można mieć skojarzenia z gigantyczną, kosmatą łapą z paluchami na kształt grabi, która wszystko próbuje zagarniać dla siebie.

Nasza ulubiona i hołubiona (przynajmniej przez nas samych) dziedzina, czyli informatyka, miała ułatwiać nam życie i czynić jego trudy znośniejszymi. Jak dotąd jednak służy ona głównie do tego, by kolejne tabuny ludzi czynić zbędnymi. Państwo czy państwa - bo nie nasz to tylko problem - miast zajmować się równym rozłożeniem trudów pracy na wszystkich chętnych do jej wykonywania, wolą, wzorem jednostek mało odpowiedzialnych, zadłużać swe społeczeństwa na całe już pokolenia.

A skoro o pokoleniach mowa - to właśnie odkryliśmy (jakby nikt tego przedtem nie dostrzegał), że nie gdzie indziej tylko u nas, w Polsce, pokolenie całe nie ma i nie będzie miało nigdy nawet własnego mieszkania. Własnego nie w sensie posiadania na własność, lecz chociażby będącego do dyspozycji. A nie będzie miało, bo jest przedmiotem moralnego i materialnego wyzysku, którego siłą sprawczą i napędową jest enigmatyczny globalny kapitał. Kapitał, który za nic mając granice, państwa i ich władze, chodzi sobie gdzie chce, i - mimo kryzysowej sytuacji - chce dla siebie tyle, co zawsze. W warunkach kryzysu oznacza to, że chce więcej. Więcej kosztem tych, którzy, z powodu tego samego kryzysu, i tak mają już mniej.

Niepewne jutra rodziny ograniczają swe potrzeby, co automatycznie ogranicza popyt, który miałby napędzać rozwój. Perspektywa dożywotnich niemal spłat kredytów hipotecznych lepiej dyscyplinuje i wymusza posłuszeństwo pracowników-obywateli niż kiedyś policje polityczne. A jak, mimo wszystko, komuś się nie podoba, może przecież pojechać za szczęściem gdzie indziej, dołączając do kolejnego miliona tych, którzy już wcześniej tę drogę wybrali.

A jakby komuś było mało, to niech poczyta sobie wydaną u nas niedawno książkę "Z nowego wspaniałego świata" Gũntera Walraffa, który pisze o milionach dotkniętych niezawinioną biedą. Biedę, w którą ktoś ich przecież wpędza i jest za to jeszcze całkiem nieźle wynagradzany. Przeczytać warto nie po to, aby się tylko dołować, lecz by widzieć szerzej, by samemu przekonać się, że miarki dochodu i bogactwa należą do przeszłości i wcale nie przekładają się na bogactwo i szczęśliwość jednostek tworzących społeczeństwa i narody. Chyba że za pewną damą uwierzymy, że społeczeństwo to fikcja, bo są tylko błądzące jednostki-atomy.

Nie wiemy, jaka miałaby być przyszłość poza tym, że inna zupełnie niż ta, którą mamy. Czas jednak ucieka i gdzieś za plecami jakiś automat zdaje się coraz natarczywiej ostrzegać: Pull up! Pull up! Terrain ahead!

Czy znajdzie się ktoś, kto zdecyduje: Odchodzimy! I na czas odejdzie?


TOP 200