Przyszłość już tu jest

Przyszłość, do której prowadzą nas nowe technologie komunikowania, rozpadła się na milion kawałków, a równocześnie rozmyła w teraźniejszości.

Mirosław Filiciak jest kulturoznawcą; kieruje Katedrą Medioznawstwa i Centrum Badań nad Kulturą Popularną w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej; zajmuje się wpływem mediów cyfrowych na praktyki społeczno-kulturowe.

W warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski można oglądać wystawę pod znaczącym tytułem "Przyszłość nie jest tym, czym była". Prezentowane są na niej prace artystów, którzy wykorzystują media cyfrowe jako narzędzie twórcze, ale też jako główny temat swojej działalności. To kluczowy, ale być może jedyny wspólny mianownik dla pokazywanych w CSW prac. Dlaczego? Bo przyszłość, do której prowadzą nas nowe technologie komunikowania, rozpadła się na milion kawałków, a równocześnie rozmyła w teraźniejszości - granica oddzielająca to, co będzie, od tego, co już jest, okazuje się coraz trudniejsza do uchwycenia. Przyszłość nie jest już tym, czym była, a media cyfrowe bardzo jej w tym pomogły.

Znikanie przyszłości najlepiej ilustruje to, jak zmieniła się literatura science fiction. William Gibson, duchowy ojciec cyberpunka, człowiek, który ćwierć wieku temu wymyślił termin "cyberprzestrzeń" i który kreślonymi przez siebie wizjami oddziaływał na całe pokolenie współtwórców nowych technologii, nie pisze już o przyszłości. Jego najnowsza trylogia, zapoczątkowana w roku 2003 przez "Rozpoznanie wzorca", a domknięta we wrześniu tego roku przez "Zero History", rozgrywa się w teraźniejszości. W wywiadach Gibson mówi, że pisanie o przyszłości jest dziś wyjątkowo kłopotliwe i przyznaje, że w jego pracy ważniejsze jest sprawne posługiwanie się wyszukiwarką Google niż fantazją. Przyszłość już tu jest - tyle tylko, że ukryta w niszach sieci. Przewidywanie trendów polega więc głównie na zastanawianiu się nad tym, które z nich wejdą do głównego nurtu. Czy swoją pozycję stracą serwisy, które rządzą dziś Internetem - czy w naszej codziennej rutynie informacyjno-towarzyskiej wciąż kluczowe będą Google i Facebook? Czy zmieni sposób, w jaki konsumujemy media?

Problem z odpowiedziami na te pytania polega jednak nie na tym, czy będą one twierdzące, czy wręcz przeciwnie. Polega na tym, że najpierw trzeba byłoby ustalić, co rozumiemy przez "my" i czy istnieje jeszcze coś takiego jak główny nurt. Przyszłość jest - jak mówi Gibson - nierówno rozdystrybuowana, a świat rozpada się na coraz mniejsze nisze. iPad może być zarazem wielką nadzieją branży prasowej, także polskiej, jak i ekskluzywnym gadżetem, którego zakupu większość naszych rodaków nie będzie rozważać nie tylko w roku 2011, ale po prostu nigdy. To dwie różne przyszłości - ale paradoksalnie nie wykluczają się nawzajem. Takie paradoksy nie są dziś wyjątkiem, raczej nową regułą.

Różne sieci, różne światy

W grudniu magazyn "Wired" ogłosił, że "skończyła się epoka piractwa muzycznego". Argumenty są następujące: popularność iTunesa i jego naśladowców sprawiła, że muzyka w formatach cyfrowych jest łatwo dostępna i tania, a w tej sytuacji ludziom po prostu nie chce się szukać plików w sieciach peer2peer. Zwłaszcza że skoro to niewiele kosztuje, miło jest dać zarobić wykonawcom. Tyle "Wired". Z polskiej perspektywy ta teza wydaje się absurdalna - sieciowe piractwo kwitnie i dla młodych ludzi jest podstawowym, a często jedynym sposobem dostępu do muzyki (i nie tylko do niej). Jest wątpliwe, by większość z nich miała kiedykolwiek płacić za nagrania. A iTunes - usługa ta zapoczątkowała płatną rewolucję, o której pisze "Wired" - jest u nas niedostępna. Bo podobnie jak nie istnieje jedna przyszłość, nie istnieje jeden Internet. Choć lubimy myśleć, że zmienił świat w globalną wioskę, to jest zróżnicowany lokalnie, a różne grupy społeczne, także w obrębie jednego kraju, korzystają z niego na bardzo różne sposoby. I komunikują się z różnymi ludźmi, nawzajem siebie nie widząc. Internet nie uspójnił świata, raczej pomógł go poszatkować. Tak jak poszatkował czas.

Manuel Castells, wybitny socjolog mediów, w swojej monumentalnej książce "Społeczeństwo sieci" napisał, że w dobie Internetu dominującą formą czasu jest "czas bezczasowy". Zakłócona została kolejność zdarzeń, wszystko jest teraz - bo mamy natychmiastowy dostęp do wszystkiego, nawet tego, co dzieje się w miejscach bardzo odległych. Czas nie jest już przywiązany do jednego zegara, jednego rytmu. Czas pracy miesza się z czasem wolnym, tak jak mieszają się czasy różnych miejsc na ziemi, z którymi komunikujemy się w czasie rzeczywistym. A skoro czas zerwał z tradycyjną chronologią i z jednego czasu porządkującego stał się siecią różnych porządków, rozsypała się też przyszłość. Co oczywiście nie wyklucza fantazjowania o jej kształcie. W tych fantazjach brzmieć musi jednak nuta nostalgii - tęsknoty za przeszłością, w której wszystko było prostsze.


TOP 200