Propaganda i wirtualne oszczędności

Narodowa Strategia Rozwoju Wolnego Oprogramowania grzeszy nieznajomością rozwoju informatyki w administracji. Argumenty zastępuje demagogia.

Narodowa Strategia Rozwoju Wolnego Oprogramowania grzeszy nieznajomością rozwoju informatyki w administracji. Argumenty zastępuje demagogia.

Narodową Strategię Rozwoju Wolnego Oprogramowania przygotował zespół Forum Rozwoju Wolnego Oprogramowania, w skład którego wchodzą wyłącznie przedstawiciele firm i organizacji związanych ze środowiskiem linuxowym. Zabrakło przedstawicieli administracji, do których powyższa strategia jest głównie adresowana. Dla przeciwwagi stwierdzeń i opinii celowy byłby udział w forum przedstawicieli firm komercyjnych, np. Microsoft i Oracle, przeciwników i firm wspierających lub działających na rynku . Dziwi również brak przedstawicieli Ministerstwa Nauki i Informatyzacji, mimo że na jego zlecenie owa strategia została opracowana. Powyższe działanie umożliwiłoby uniknięcie podstawowych błędów.

Najbardziej nieprawdziwym rozdziałem w Strategii jest Opis stanu obecnego (s. 25-26). Autorzy wykazali się brakiem odpowiedzialności i wiedzy w przedstawianym temacie. Jeśli nie czytają prasy komputerowej, wystarczyło skomunikować się z kilkoma urzędami. Zaręczamy, że wdrażanie informatyki w tak skomplikowanych instytucjach nie sprowadza się do zakupu kilku komputerów i oprogramowania narzędziowego. Wdrażanie dużych systemów wspomagania zarządzania miastem lub obiegiem dokumentów to duże i skomplikowane procesy poprzedzone analizami, koncepcją i projektem. Przykładów dobrych realizacji jest wiele, o czym świadczą liczne i kompletne rozwiązania w takich miastach, jak Gdańsk, Kraków, Katowice, Bydgoszcz.

Czysta demagogia

Jak można powoływać się na nieobowiązującą jeszcze ustawę o informatyzacji jako podstawę Strategii Rozwoju Wolnego Oprogramowania? We wprowadzeniu do niej (s. 6) stwierdzono, że "użycie Wolnego Oprogramowania w informatyzacji administracji państwowej to koncepcja wynikająca z dokumentów krajowych, takich jak Ustawa o Informatyzacji". Zresztą projekt tej ustawy pomija milczeniem korzyści ze stosowania oprogramowania o otwartym kodzie źródłowym.

"Szybkie i tanie przeprowadzenie informatyzacji" (s. 3) to czysta demagogia. W warunkach polskich brzmi to równie przeraźliwie, jak powszechny i bezpłatny dostęp do usług medycznych. Niezależnie od pochodzenia oprogramowania, jego użyteczność jest pochodną kompetencji osób nim się zajmujących. Nie ma i nie będzie nadpodaży specjalistów od tworzenia i eksploatacji oprogramowania open source. Nie można też liczyć, aby ci nieliczni, byli tanią siłą roboczą.

"Aktywizacja zawodowa dużej grupy społecznej poprzez bezpośrednie zatrudnianie specjalistów" (s. 3) to - w założeniach autorów Strategii - zastąpienie kosztów oprogramowania komercyjnego kosztami osobowymi. Tymczasem systemy "otwarte", "darmowe" wymagają podobnego poziomu kwalifikacji dla prawidłowego działania, jak wytwory w pełni komercyjne. Dodatkowo pojawia się zagrożenie uzależnienia od pojedynczych osób, gospodarzy sprawujących pieczę nad oprogramowaniem, które nie ma zdefiniowanego wsparcia. Uzależnienie klienta oprogramowania ulega jedynie zmianie, nadal pozostawiając go w trudnej sytuacji.

"Stymulacja rozwoju (...) ma na celu zachęcenie znacznej części podmiotów działających na rynku informatycznym do odejścia od pozycji biernego użytkownika i podjęcie aktywnej roli twórcy oprogramowania" (s. 4). To z kolei oczywiste "pobożne życzenie". Od lat oprogramowanie użyteczne i funkcjonalne jest na tyle złożone, że powstaje w licznych zespołach. Na jakiej podstawie zakłada się, że jego wytworzenie jako oprogramowania otwartego będzie tańsze? Jak z czysto ekonomicznego punktu widzenia pogodzić nakłady na stworzenie oprogramowania i jego darmową dystrybucję? Twórcom Strategii chodzi prawdopodobnie o zmuszenie instytucji publicznych do wdrożenia "darmowego" oprogramowania w sposób tak samo finezyjny, jak w przypadku stosowania biopaliw.

Wirtualne oszczędności

Przytaczane w Strategii (s. 5) korzyści ze stosowania wolnego oprogramowania są niemal całkowicie nieuzasadnione. Powszechnie wiadomo że próby wdrożenia na dużą skalę oprogramowania open source w Bawarii utknęły ze względu na nadspodziewanie wysokie koszty całej operacji. Dodatkowo - ujmowanie tematu oprogramowania otwartego jako przedmiotu leżącego w kompetencjach organów administracyjnych (s. 6) w praktyce prowadzi do zaprzeczenia podstawowej idei tworzenia tegoż oprogramowania. Nie ma mowy o oprogramowaniu otwartym w momencie, kiedy podlega ono decyzjom administracyjnym. To nonsens.

Przedstawione koncepcje uruchomienia serwera z bezpłatnymi pakietami wolnego oprogramowania i kolejne punkty tego rozdziału wskazują na konieczność uruchomienia bardzo poważnych środków finansowych. Utrzymanie infrastruktury w postaci przedstawionej przez autorów Strategii obciąży zapewne wszystkich podatników, a nie tylko użytkowników oprogramowania otwartego. Brak także kryteriów dotyczących dopuszczenia danego oprogramowania. Za zadaniami opisanymi w tym punkcie kryje się w perspektywie ogromny aparat administracyjny. Obecnie istnieją już całkiem porządne polskie strony internetowe, które wystarczy wspierać, np. niedawno stworzonyhttp://www.open-source.pl .

Składniki kosztów opisane w pkt. C.1 (s. 27-29) dotyczące wolnego oprogramowania są - delikatnie mówiąc - co najmniej dyskusyjne. Autorzy dokumentu chyba nie za bardzo zdają sobie sprawę z wdrażania systemów informatycznych i migracji danych. A mówiąc bardziej szczegółowo, nie zgadzamy się z zapisem pkt. 5. Z naszej praktyki wynika, że oprogramowanie pisane na platformę open source jest tak samo licencjonowane, jak oprogramowanie pisane na każdą inną platformę i wymaga opłat licencyjnych.

Nieprawdą jest także zapis w pkt. 6 Strategii Rozwoju Wolnego Oprogramowania. Wdrożenia rozwiązań open source nie są nigdy tańsze, a zwykle droższe, bo brak jest na razie wykwalifikowanych administratorów znających to oprogramowanie po stronie zamawiającego.

Nieprawdą jest również zapis pkt. 7. Każda migracja danych wymaga poniesienia określonych kosztów. Nieprawdziwy jest również zapis w pkt. 8 i 12. W czasach, w których w urzędach pracuje się na oprogramowaniu Microsoft, a w szkołach naucza się korzystania z oprogramowania tej firmy, szkolenia z korzystania z oprogramowania open source są kosztowniejsze niż szkolenie z korzystania z oprogramowania komercyjnego. Dotyczy to zarówno cen jednostkowych szkoleń, jak i ogólnych kosztów szkolenia, jakie trzeba ponieść, aby przeszkolić większą liczbę pracowników.

Nie zgadzamy się także z zapisem pkt. 9. Koszty utrzymania oprogramowania open source będą wyższe, bo trzeba będzie zatrudnić dodatkowych administratorów. Błędne jest także założenie w pkt. 10. Nie istnieje bowiem bezpłatne wsparcie techniczne. Możemy o tym mówić wyłącznie w przypadku grup dyskusyjnych lub podczas wymiany doświadczeń pomiędzy grupami użytkowników. To zaś trudno uznać za wsparcie techniczne. Nikt nie weźmie za określone rady odpowiedzialności. Natomiast komercyjne wsparcie techniczne - również w stosunku do platformy open source - kosztuje. Nie zgadzamy się też z zapisem pkt. 11. Najwięcej uaktualnień - szczególnie w stosunku do luk w bezpieczeństwie - jest obecnie dystrybuowanych dla oprogramowania komercyjnego.

Co do pkt. 14, nie istnieje "całkowita odporność na wirusy komputerowe" jakiegokolwiek oprogramowania. Obecnie bardziej odporne jest oprogramowanie open source, bo głównym celem ataków osób piszących wirusy jest oprogramowanie komercyjne, w szczególności Microsoftu, które jest najczęściej używane. Jednak należy sobie zdawać sprawę, że w sytuacji kiedy administracja zacznie masowo wykorzystywać oprogramowanie open source, to właśnie ono będzie najbardziej narażone na ataki.

W rozdziale Korzyści społeczne, ekonomiczne i polityczne, pkt. 2 czytamy, że "producenci oprogramowania zamkniętego reagują na konkurencję ze strony oprogramowania otwartego podniesieniem jakości swoich produktów". Natomiast w pkt. 4 można przeczytać, że "w szczególności dotyczy to obszarów kraju położonych z dala od dużych aglomeracji, które ze względu na odległości i słabą siłę nabywczą stanowią mało atrakcyjny rynek dla sprzedawców oprogramowania zamkniętego" i potem (s. 25) "jednocześnie inicjatywy oddolne obejmujące działania, które mają prowadzić do tworzenia wolnych odpowiedników już istniejącego komercyjnego oprogramowania napotykają problemy natury formalnoprawnej".

Głównym i chyba najważniejszym stwierdzeniem z tego dokumentu jest zdanie ze s. 31 (w rozdziale C.2 Rozwiązania formalne i organizacyjne): "minimalnym wymaganiem wobec tworzonego na zamówienie oprogramowania jest otwartość interfejsów rozumiana jako udokumentowane, najlepiej standardowe i powszechnie używane, sposoby wymiany informacji z systemem". I powinien być to wymóg obligatoryjny w stosunku do każdego zamawianego przez administrację oprogramowania. To właśnie działanie powinno być głównym przesłaniem Narodowej Strategii Rozwoju Wolnego Oprogramowania i w pełni je popieramy!

Jerzy Borys jest zastępcą naczelnika Wydziału Obsługi Urzędu Miasta Katowice, a Wiesław Patrzek jest pełnomocnikiem prezydenta miasta Gdańska ds. informatyki.

Niesprecyzowane problemy

Nie wiadomo o jakich patologiach jest mowa w pkt. 9 rozdziału 3.1 Narodowej Strategii Rozwoju Wolnego Oprogramowania. "Oczekiwanym skutkiem wypracowania takich zasad jest podniesienie jakości oprogramowania każdego rodzaju oraz ograniczenie zjawisk patologicznych związanych z wdrożeniami systemów informatycznych".

Niezrozumiały jest też zapis w pkt. 2b rozdziału 3.2. "Dostęp do wypracowanych rozwiązań i sposoby ich dystrybucji z uwzględnieniem aktualnych możliwości technicznych oraz metod przełamywania ograniczeń wynikających z braku powszechnego szerokopas-mowego dostępu do sieci komputerowych".

Co ma oznaczać zapis w pkt. 2 rozdziału 4: "Każdy pakiet oprogramowania powinien być objęty formą wsparcia technicznego «producenta», której celem byłoby wyjaśnianie problemów technicznych i w razie potrzeby ich usuwanie"?

Niebezpieczny jest także zapis w pkt. 4 rozdziału 4 - "Mechanizmy takie powinny bazować na założeniu, że wszelkiego rodzaju systemy finansowane na szczeblu regionalnym bądź centralnym i przeznaczone do wykorzystywania na szczeblach niższych powinny być tworzone w modelu Wolnego Oprogramowania, to jest zamawiane wraz z prawami majątkowymi umożliwiającymi inwestorowi ich dalszy rozwój i upublicznienie" - bo spowoduje to podniesienie kosztów oprogramowania zamawianego przez samorządy. Konieczny będzie zakup praw własności do kodów źródłowych. Nie wskazano zaś źródeł finansowania takich wydatków. Niezależnie od tych kosztów, samorządy będą następnie musiały udzielać wsparcia technicznego, nie mając do tego odpowiedniej kadry. Co z zasadą samorządności?

Nieprawdziwe jest też stwierdzenie ze s. 31 w rozdziale C.2 - "Uzyskanie obniżenia kosztów eksploatacji systemu w okresie jego używania przez zakup oprogramowania wraz z kodami źródłowymi, dokumentacją techniczną i prawem ich modyfikowania. W większości zamówień określenie takich warunków w zapytaniu ofertowym nie spowoduje istotnego zwiększenia kosztów zakupu systemu".


TOP 200