Profesór

Pewnego dnia Zarząd, a w zasadzie główny jego przedstawiciel nie będący akurat na L-4, przywołał Lokalnego Informatyka. Kiedy Zarząd woła, to znaczy, że jest problem i na pewno pochwały spodziewać się nie należy. I rzeczywiście był kłopot, bo przyjmowano gościa, który po linii informatycznej chciał o czymś zagajać. Okazało się, że gościem nie był pierwszy lepszy typek, tylko Profesór, bliżej nie wiadomo od czego, bo jak zwykle w trakcie prezentacji Lokalny Informatyk nie spamiętał nawet nazwiska.

Pewnego dnia Zarząd, a w zasadzie główny jego przedstawiciel nie będący akurat na L-4, przywołał Lokalnego Informatyka. Kiedy Zarząd woła, to znaczy, że jest problem i na pewno pochwały spodziewać się nie należy. I rzeczywiście był kłopot, bo przyjmowano gościa, który po linii informatycznej chciał o czymś zagajać. Okazało się, że gościem nie był pierwszy lepszy typek, tylko Profesór, bliżej nie wiadomo od czego, bo jak zwykle w trakcie prezentacji Lokalny Informatyk nie spamiętał nawet nazwiska.

Otóż gość ów, będąc reprezentantem zaprzyjaźnionego Zarządu z innej aglomeracji, w konkury przyjechał, albowiem jakieś konsorcjum się zawiązuje, tych, co to wspólne interesy chcą kształtować. Profesór przyjechał w sprawie korzystania z bazy danych, którą jego instytucja zechciała w Internecie udostępnić. Przywiózł ze sobą foldery zrobione na ksero oraz mnóstwo słów. Jego słowotok bodajże kilkunastominutowy, a dotyczący sposobu korzystania z serwisu internetowego, skierowany był oczywiście do Lokalnego Informatyka, a strzępki czy to sensu, czy bezsensu trafiały także do Zarządu, któremu w rzeczy samej obojętne było co przenoszone jest w tej akurat chwili za pomocą fal akustycznych. W każdym razie Profesór wyedukował obecnych (ze wskazaniem na Lokalnego), jak należy wprowadzać i weryfikować hasło (very important!) oraz co się stanie, gdy ulegnie ono zapomnieniu (much more important!), a system zagreguje tabele z danymi. Lwią część monologu orator poświęcił sposobowi wprowadzania danych, chociaż obiektywnie należy stwierdzić, że oszczędził szczegółów dotyczących naciskania klawisza Enter.

Lokalny Informatyk, jako dobrze wychowany nie przerywał, aczkolwiek miał pełne do tego prawo. Mógłby na przykład stwierdzić: "Od dwudziestu lat robię oprogramowanie, prawdopodobnie więc potrafię - mimo wszystko - także z niego korzystać. A takie koszałki-opałki, jak agregacja, to dla mnie betka - w moich programach znaleźć można przekroje poprzeczne, podłużne i skośne". Mimo wszystko zachował się wstrzemięźliwie, co może nie było najszczęśliwszym rozwiązaniem. Profesór rozogniony swoim idee fixe, perorował dalej: "I pan te dane będzie wprowadzał, no nie za często. Gdy się coś zmieni". Lokalny Informatyk wobec niemoty swego własnego Zarządu w końcu się zreflektował: "Ależ ja jestem zaawansowanym administratorem tutejszej sieci i systemów". "O, to są w zupełności wystarczające umiejętności do użytkowania naszego programu" - zauważył inteligentnie Profesór.

Po niniejszym spotkaniu, Lokalny Informatyk dokonał podziału społeczności z tytułami naukowymi na profesórów i profesorów. Niestety, tych pierwszych zdarza mu się spotykać coraz częściej. Prawdziwym profesorom coraz trudniej zaistnieć w krainie oszołomionych swą manią wielkości małych ludzi.

Piotr Schmidt (agent zakładowy)


TOP 200