Prestiż w obliczu braku katastrofy

Problem roku 2000 prawdopodobnie nie będzie miał negatywnego wpływu na prestiż informatyków. Nie zaszkodzi mu nawet przetaczająca się przez światową prasę fala spekulacji na temat przesadnych obaw dotyczących wadliwego funkcjonowania systemów informatycznych. Większość zarzutów podnoszonych w trakcie tej kampanii jest łatwa do odparcia. A korzyści związane z projektami dotyczącymi roku 2000 mogą wręcz przyczynić się do wzrostu prestiżu tej grupy zawodowej.

Problem roku 2000 prawdopodobnie nie będzie miał negatywnego wpływu na prestiż informatyków. Nie zaszkodzi mu nawet przetaczająca się przez światową prasę fala spekulacji na temat przesadnych obaw dotyczących wadliwego funkcjonowania systemów informatycznych. Większość zarzutów podnoszonych w trakcie tej kampanii jest łatwa do odparcia. A korzyści związane z projektami dotyczącymi roku 2000 mogą wręcz przyczynić się do wzrostu prestiżu tej grupy zawodowej.

Pomyślne przejście w rok 2000 stało się dla wielu mediów okazją do poszukiwania winnych rozpętania milenijnej psychozy. Kto najbardziej nagłośnił temat roku 2000, kto najwięcej zyskał na jego nagłośnieniu - to tylko kilka pytań nurtujących dziennikarzy i analityków, a wraz z nimi milionów użytkowników systemów informatycznych na całym świecie. Niektórzy z nich jako "winnych" wskazują... informatyków, którzy kiedyś ustalili dziwny standard kodowania dat, co później spowodowało ogólnoświatowy problem. A wszystko po to, żeby zwiększyć zapotrzebowanie na informatyków i wywindować ich zarobki. Oczywiście, tego typu skrajne poglądy wydają się odosobnione.

Wątpliwe zagrożenie reputacji

Większość informatyków nie obawia się "pomilenijnego polowania na czarownice". Podkreśla też, że na razie nie spotkali się oni z poważnymi zarzutami, a nieliczne głosy krytyki na ogół podnoszone są przez kręgi nie zorientowane w tematyce. "Nie spotykam się praktycznie z żadnymi reakcjami skrajnymi - nikt nie zarzuca nam, że go nabraliśmy. Nikt nie podnosi również hurra entuzjazmu z powodu pomyślnego wejścia w rok 2000 - mówi Dariusz Kupiecki, dyrektor naczelny ds. informatyki w Towarzystwie Ubezpieczeniowym Allianz Polska SA. - Przynajmniej po części wynika to z tego, że nigdy nie robiliśmy zbyt wielkiego szumu wokół przygotowań do zmiany daty".

Pewna grupa specjalistów w problemie roku 2000 upatruje jednak zagrożenia dla swojej reputacji. Jak wynika z przeprowadzonego przez nas sondażu (Computerworld online), ponad 25% głosujących obawia się, że brak problemów związanych ze zmianą daty może być uznany za dowód, iż cały problem został wyolbrzymiony, a informatycy niepotrzebnie domagali się zwiększenia środków przeznaczanych na projekty roku 2000. Najwięcej obaw mają informatycy z niewielkich organizacji. Przygotowania do milenium ograniczono w nich do niewielkich projektów, całkowicie pomijając problem edukacji pracowników. To właśnie tam końcowi użytkowni- cy, straszeni przez popularne media, są chyba najbardziej rozczarowani brakiem negatywnych następstw zmiany daty.

Niezbicie realny problem

Wydaje się jednak, że w dłuższej perspektywie problem milenium i towarzysząca temu kampania medialna nie wpłyną na obniżenie prestiżu grupy zawodowej informatyków. Większość stawianych zarzutów jest łatwa do odparcia. Na ogół opierają się one na bagatelizowaniu problemu. "Problem roku 2000 istnieje naprawdę i - co więcej - wiele firm nadal się z nim boryka. Przecież to, że włączone zostały systemy awaryjne, nie świadczy o tym, iż problem nie zaistniał - nawet jeśli nie odczuli tego końcowi użytkownicy" - mówi Jolanta Sala, dyrektor ośrodka informatyki w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku.

Wielu informatyków podkreśla, że problem zmiany daty nie zakończył się wraz z nadejściem nowego roku, a jego następstwa mogą dawać się we znaki jeszcze długo po 1 stycznia, np. przy sporządzaniu okresowych bilansów i raportów lub przy dokonywaniu obliczeń statystycznych. Właśnie dlatego negacja jego istnienia jest bezpodstawna, a momentami wręcz szkodliwa. Zachodzi obawa, że w związku z "gładkim wejściem w nowy rok" zarządy niektórych firm obniżą fundusze na usuwanie jego skutków (dalsze monitorowanie). Lekceważenie problemu będzie miało jeszcze inne następstwa. "Źle by się stało, gdyby o jego istnieniu zapomnieli informatycy, którzy przyczyn awarii występujących w najbliższej przyszłości zaczęliby upatrywać w banalnych problemach z kabelkami" - przestrzega Jolanta Sala. Takie niebezpieczeństwo staje się realne zwłaszcza w przedsiębiorstwach, które nagłośniły w mediach powodzenie swoich projektów związanych ze zmianą daty.

Nienaganna marka

Paradoksalnie problem roku 2000 może nawet umocnić pozycję informatyków w firmach. "W swojej istocie dotyczy on zarządzania firmą i jako taki nie jest kwestią informatyczną. W jaki sposób miałby więc zaszkodzić pozycji informatyków? To, że uporali się z tym problemem, wręcz podnosi ich prestiż" - mówi Bogusław Fries, specjalista ds. bezpieczeństwa z warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Poza tym większość zarzutów podnoszonych w tej chwili dotyczy w istocie nie tyle pracy informatyków, co przesadnego nagłaśniania problemu. Te jednak powinny być stawiane przede wszystkim mediom, a - zdaniem niektórych informatyków - także wszelkiego rodzaju organom nadzoru, które narzuciły ostre rygory dotyczące projektów roku 2000. "Mam wrażenie, że niektóre z nich dały się ponieść psychozie związanej ze zmianą daty" - mówi dyrektor departamentu informatyki jednego z banków.

Najpoważniejszymi zarzutami, których mogliby obawiać się szefowie projektów roku 2000, są pytania dotyczące alokacji środków przeznaczonych na rozwiązanie tego problemu. One również wydają się łatwe do obalenia. W końcu większość tych pieniędzy została wykorzystana na wymianę sprzętu i oprogramowania oraz audyt i usprawnienie procedur, według których funkcjonują przedsiębiorstwa. A więc na rzeczy, które i tak, prędzej czy później, powinny być wykonane. W wielu organizac-jach prace nad projektem były wykonywane niemal wyłącznie przez wewnętrzne działy IT, dzięki czemu nikt nie może podejrzewać informatyków o to, że swoimi chybionymi inwestycjami "nabijali kasę" firmom zewnętrznym. "Zresztą kwestia kosztów poniesionych na przygotowania do roku 2000 to problem wyłącznie negocjacyjny i dotyczy raczej zarządów i komórek podpisujących kontrakty" - mówi Bogusław Fries.

Chwała bohaterom

Korzyści, jakie informatycy, jako grupa zawodowa, mogą odnieść z problemu roku 2000, są różnorakie. "Właśnie przy tej okazji wreszcie publicznie powiedziano, że za systemy informatyczne odpowiadają nie tylko informatycy - wyjaśnia Bogusław Fries. - Dzięki temu będą oni kojarzeni tylko z informatyką, a nie z całą sferą zarządczą. A właśnie na informatyce znają się najlepiej". Informatycy mieli okazję dokładniej poznać swoje przedsiębiorstwa, a także funkcjonujące w nich procedury. Udział w projektach roku 2000 przyczynił się również do utrwalenia wizerunku informatyka, jako specjalisty kontrolującego "krwiobieg" firmy, w pełni odpowiedzialnego za swoją pracę, gotowego do poświęceń dla poprawnego funkcjonowania firmy.

Działanie informatyków przyniosło więc sporo korzyści organizacjom. Wypracowano standardy współpracy pomiędzy pracownikami różnych działów firmy, ulepszono procedury. Wiele efektów może być jednak poważnie oddalonych w czasie. "Nie wiem czy to nazbyt optymistyczne, ale mam nadzieję, że dzięki projektom roku 2000 wzrośnie ranga zagadnień związanych z jakością oprogramowania, co w rezultacie przysporzy korzyści informatyce jako nauce, a także wszystkim użytkownikom systemów informatycznych" - mówi Dariusz Kupiecki.

Nieoczekiwany fuks

Złośliwi twierdzą, że korzyści, jakie na problemie roku 2000 mogą odnieść informatycy, sprawiają, że "gdyby problem ten nie istniał, należałoby go wymyślić". Kłopot jednak w tym, że problem był i jest jak najbardziej realny. I pomimo korzyści, jakich przysporzył informatykom, niejeden z nich wolałby odzyskać ostatnie kilkanaście miesięcy, które stracił na przegląd i wymianę systemów informatycznych. O czym często zapominają komentatorzy, podający w wątpliwość racjonalność projektów związanych ze zmianą daty.


TOP 200